http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Manhattan Man

rozmawiała Dorota Wodecka
2011-10-16, ostatnia aktualizacja 2011-10-13 16:12

Michał Urbaniak
Michał Urbaniak
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta

- Polacy uwielbiają rozdrapywać rany, a zastanawianie się, co by było, gdyby kiedyś zachowali się inaczej, jest ich podstawową mantrą. W Nowym Jorku nauczyłem się zapominać o nieszczęściach, których nie można odwrócić - z jazzmanem Michałem Urbaniakiem rozmawia Dorota Wodecka

Michał Urbaniak: U mnie w życiu raz góra, raz dół. Nie mam wyważonego środka
Fot. Marcin Stępień / Agencja Ga
Michał Urbaniak: U mnie w życiu raz góra, raz dół. Nie mam wyważonego środka
<b>''Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego'',</b> Andrzej Makowiecki, wyd. Agora
''Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego'', Andrzej Makowiecki, wyd. Agora
ZOBACZ TAKŻE
Po co pan gra w totka? Przecież jest pan bogaty.

- Nie wiem, czy jestem bogaty, bo nie wiem, ile mam pieniędzy. Zarabiam, wydaję, gubię, inwestuję, pożyczam, nie oddają, wybaczam. W dodatku jestem gadżeciarz. O, proszę, mam pięć telefonów komórkowych. Sprawdzam, który model jest lepszy, itp. Bardzo lubię komputery, auta, nowe instrumenty, internet, nowe technologie, podróże, mieszkanie w Nowym Jorku i spełnianie najśmielszych marzeń.

Wygrał pan kiedyś?

- Kilkakrotnie. Raz wprawdzie przez nieświadomy hazard znalazłem się w Stanach w więzieniu. Włożyłem kasę w tzw. piramidkę. Było to dla mnie niewinne i nie wiedziałem, że to zabronione, a koledzy powygrywali! Ktoś mnie rozpoznał i sypnął. Ale zdarzyło się też, że wygrana uratowała mi życie. To było w roku 1984. Zostawiłem rodzinę w Szwecji, a sam przez Düsseldorf poleciałem do Nowego Jorku po dobre kontrakty. Nie miałem już w mieszkaniu prądu, bo nie płaciłem rachunków, ani telefonu. Z budek telefonicznych dzwoniłem po wytwórniach, agentach itp. I raptem Ula mi mówi, że w loterii w Niemczech padły numery podobne do moich. Zawsze obstawiam te same cyfry, znała je. Sprawdzam, rzeczywiście! Jak zwykle miałem szczęście w nieszczęściu albo nieszczęście w szczęściu, bo to była jedna z najniższych wygranych w historii. Jakieś 240 tysięcy marek. Zwykle można było wygrać trzy razy więcej. Ale to i tak była fortuna na tamte czasy!

A karty?

- W 1965 roku dałem słowo honoru, że nigdy nie siądę do pokera. Graliśmy w Malmö, ze Szwajcarami. Po koncercie dostałem trzymiesięczną wypłatę dla całego zespołu, 60 tysięcy koron. Schowałem do szuflady i poszedłem się napić. A w barze od piwa do kłębka, Szwajcarzy proponują pokerka. Usiadłem. Dziesięć razy chodziłem do szuflady, w końcu zacząłem zastawiać instrumenty. Chciałem się odegrać, ale czym dalej, tym gorzej. Przegrałem już całą estradę, zostały mi jakieś 3 tysiące. I przypomniałem sobie, że w naszym hotelu zatrzymał się Steve Golkowsky, wspaniały pokerzysta. Graliśmy u niego w Sztokholmie w Club Artint, który zresztą wygrał w pokera. Obudziłem go i mówię, że tragedia, i błagam, by siadł za mnie. Zgodził się, ale musiałem mu obiecać, że już nigdy nie zagram.

I co?

- Zabronił mi patrzeć w jego karty, bo moja twarz zdradza emocje. I ogołocił tych chłopaków do zera. Zabrał im estradę i wszystkie pieniądze, jakie mieli. Dostałem to, co przegrałem, a resztę Steve wziął dla siebie. Oddał jeszcze za friko sprzęt tym chłopakom. Dotrzymałem słowa, nie gram.

Nie pije pan?

- To też rzuciłem, ale nie ortodoksyjnie, jak niegdyś. Teraz to się odchudzam. Trudno mi ustać przez cały koncert. Dosia przyrządza mi jedzenie z saszetek. Wzięła się za mnie.

Trzy lata temu był pan grubszy.

- No, wtedy to ważyłem 130 kilogramów. Wbrew temu, że cały czas grałem i komponowałem, byli tacy, co uważali, że już nic ze mnie nie będzie, ani jako artysty, ani sponsora. Chodziłem o kulach, by odciążyć zrujnowane stawy biodrowe. Przeszedłem operację, stanąłem na nogi. Wtedy zresztą "Papaya Dance", którą skomponowaliśmy z Ulą Dudziak w 1975 roku, nagle stała się znów hitem. Rozdzwaniały się telefony.

Niektórzy kumple też sobie nagle o mnie przypomnieli.

Okropne.

- Normalne. Przyjaciele ciągną do sławy, do zabawy i pieniędzy. Na szczęście nie wszyscy.

Pół roku temu pan ogłuchł. Myślał pan wtedy, że to już koniec?

- Tak. Byłem przerażony, płakałem ze strachu. Wiem, że głuchy jak pień Beethoven komponował do końca, ale to nie była dla mnie żadna pociecha. Bo jazzman nie może być głuchy. Musi słyszeć akord, który uderza pianista, musi słyszeć perkusistę. Boże, jak ja wtedy płakałem.

Ale Dosia znalazła mi najlepszych lekarzy. Nafaszerowali mnie w szpitalu sterydami i uratowali mi ten słuch, ale dodali wagi! Nie jest tak dobrze, jak było, ale jest.

Często pan płacze?

- Owszem. Najbardziej to ze smutku, kiedy umierają bliscy albo odchodzą ode mnie kobiety.

Źródło: Duży Format
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    33 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':