Mistrz Gombrowicz mógłby pozazdrościć panu talentu do wymyślania słów.
- W tej konkurencji mistrzem nad mistrzami był zmarły niedawno wspaniały pisarz Marian Pankowski, który już dawno temu wezwał samego siebie do "rozróby w polszczyźnie" - i istotnie obchodził się z konwencjonalną literacką polszczyzną bez odrobiny respektu, posługiwał się polszczyzną własną, cudownie wymyśloną. Językiem pankowsko-polskim, chciałoby się rzec - pan-polskim. Powiem nieskromnie, że i ja w tej materii nie jestem najostatniejszy Ale my obaj mieliśmy pod nogami twardy grunt: Pankowski sanocką potoczną mowę, ja swoją siedlikowską gwarę. Wyjaśniam: Siedlików to jest moja rodzinna wieś w południowej Wielkopolsce. A Gombrowicz, z całym szacunkiem, jednak warszawski literat, kawiarnia, nie miał od czego się odbić. Olśniewający intelekt, genialny "Dziennik", ostatnie powieści wykoncypowane, wpółżywe jakieś Plącze mi się po głowie taka rosyjska piosenka, której natrętny refren brzmi: "Rumba dołżna imiet' pandeiro".
Pandeiro? A co to?
- No właśnie, nie wiem. Może w ogóle nie wiadomo, co to jest. Ale rumba musi to coś, nie wiadomo co, mieć! Powieść też. Coś nieobliczalnego
Jak wirująca nad głową w rękach ojca szkolna tablica albo wiatrak unoszący się nad Siedlikowem?
- Powiedział mi niedawno pewien uprzejmy iberysta, że od czasów Cervantesa nikt nie zrobił fantastyczniejszego użytku z wiatraka. To rozkoszny komplement, proszę mi go powtarzać.
Fantazja tkwi również w "Pióropuszowym" języku. Czy słowa wydobywa pan z pamięci, czy ze słownika?
- Ależ to ja sporządziłem i dosłownie kilka tygodni temu opublikowałem "Słownik dawnej gwary Siedlikowa", zdając sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jestem ostatnim - cząstkowym już tylko - użytkownikiem języka, którym przez długie jeszcze lata po wojnie mówiła cała ta wielka wieś z przysiółkami i sąsiednimi wioskami. I ja mówiłem nią w dzieciństwie, a potem byłem osobliwym świadkiem stopniowego zanikania tej naszej mowy. Wracając w czasach studenckich na wakacje do rodzinnego domu, obrażałem starszego sąsiada, zwracając się do niego jak zawsze per "wy": tymczasem zapanowała - najdosłowniej - forma "pan". Tą dawną posługiwali się już tylko towarzysze partyjni. Cofanie się gwary zaczęło się w latach 50., kiedy powstała sieć "kołchoźników", prymitywnych odbiorników radiowych, instalowanych obowiązkowo czy zgoła przymusowo w każdym domu. Potem były już normalne odbiorniki, nawet z Wolną Europą, potem telewizory czarne i kolorowe i już nie było siły, Siedlików zaczął mówić, jak wszyscy w tym kraju, językiem, nazwijmy go sobie tak, szaropolskim... Naturalnie, niektórzy siedlikowianie opanowali też arcymodną sztukę pełnego wyrażania wszystkich swoich myśli i uczuć za pomocą owych najważniejszych polskich czterech słów.
Dawni siedlikowianie nie przeklinali?
- Jeszcze jak! Tyle że posiedli niezwyczajną umiejętność przemieniania najpospolitszych słów w jadowite przekleństwa, wyzwiska i obelgi. Ajerkuch, nie szukając daleko, to naleśnik, ale powiedzieć komuś "ty ajerkuchu" znaczyło obrazę, którą zmyć było niełatwo. Podobnie jak - "ty bambrze, ty bikso, haręzo, chebzioro, chaziaju, brandzlu ". I chociażby z tego powodu ja babelistą jestem i stale dziękuję Bogu za pomieszanie języków i za to, że jak zechcę, mogę sobie na grabarza mówić po siedlikowsku grobowy, a na tegoż Pana Boga - Ten Istny.
Co pan jeszcze z tamtej epoki gwary wspomina?
- Dzieciństwo okupacyjne, sielskie i koszmarne. Sielskość pastwiska i koszmar cmentarza. Byłem pastuszkiem jak wszystkie kozoki w moim wieku i jeden jedyny - pomocnikiem czy też towarzyszem wspomnianego wyżej grobowego Rzecz w tym, że niemiecki sołtys wyznaczył ojca na kopidoła. Nie było gadania, inaczej czekała nas wywózka na roboty z naszego Warthegau w głąb Rzeszy. Ojciec był dorosły chłop, pod trzydziestkę, ale bał się tej cmentarnej roboty. Zabierał mnie zawsze z sobą na kopanie grobów. Rozmaicie nam szło. Bywało, że z nagła dokopywaliśmy się do mniej lub bardziej dawnego trupa. No, z wolna przywykłem. Nawiasem mówiąc, przylgnąłem jakoś w życiu do cmentarzy. W Warszawie mieszkałem długo na Rakowcu, obok Cmentarza Żołnierzy Radzieckich, teraz - na Targówku, obok cmentarza chrześcijańskiego - z Romanem Dmowskim, i żydowskiego. Nie narzekam na to sąsiedztwo.
Do trupów jakoś przywykłem, trudniej mi było przywyknąć do atmosfery strachu, jaka panowała w domu, wtedy zwłaszcza, gdy ojciec, podoficer WP i członek AK, skrywał się w obawie przed aresztowaniem. Reagowałem lunatyczną ucieczką. Matka znajdowała mnie śpiącego w żłobie pod opieką naszych krów. Jedna krowa nazywała się Bestra, druga Czerwona, pamiętam.
Bohater "Pióropusza" też krył się w żłobie. Pisarz donosiciel. Pan również dostał pelikana od ojca?
- Ogródkiem pyta mnie pani o to samo co wszyscy: czy aby ów literat agent w powieści nie jest tożsamy z autorem? Ze wstydem wyznaję, że chociaż niemal każdy literat mojego pokolenia ma za sobą agenturalne "coś tam", to ja jakoś nie. Z tego prostego powodu, że nikt mi nigdy żadnej współpracy nie zaproponował. Zostałem pominięty. Teraz jakoś nieprzyjemnie - raróg.
A pelikan - owszem, nawet pelikany dwa. Tyle że nie od ojca, odziedziczyłem je po dziadku.
Opowie pan?
- Dziadka Walentego pamiętam za mało i to jest wielka szkoda. Był dziadek nie byle gość. Zgłosił się na ochotnika do służby w armii pruskiej i w 1900 roku wylądował w Chinach, brał udział w tłumieniu powstania bokserów. Spisał nawet - po niemiecku - swoje chińskie dzieje. Rękopis gdzieś przepadł, potem też te dwa pelikany, którymi dziadek je napisał. Ale to już po wojnie. Przed wojną dziadek był w Siedlikowie sołtysem. Pamiętam jego stół. Popielnica, papiery urzędowe i talerzyk z piaskiem pisarskim. Dziś już najstarsi literaci nie wiedzą, co to jest piasek pisarski. A Jan Kochanowski używał go zamiast bibuły. Wolter, który cenił bardzo swoje rękopisy, używał złotego piasku pisarskiego. Dziadek swoim piaskiem suszył podania, których ludziom sporo w czasie okupacji napisał. I to pisarstwo plus znajomość niemieckiego zgubiły go.
Dlaczego?
- Bo tymi podaniami, skargami, prośbami tylko Niemców i przysparzał im kłopotów. I posłali go do kopania rowów gdzieś pod Łódź, Litzmannstadt. Wrócił sterany. Pamiętam, jak babka kąpała go w ziołach w beczce do kiszenia kapusty. Wyszedł z tej beczki nie za zdrowy... Pętałem się przy nim, poszliśmy naprawiać płot. "Dziadku - mówię - czemu przybijasz sztachetę do góry nogami?". Rzucił młotek, położył się do łóżka i po tygodniu umarł. To było już po wyzwoleniu. Został po nim kalendarz sołtysa, te dwa wieczne pióra i trochę tego pisarskiego piasku.
Źródło: Duży Format