Rozmowa z prof. Ewą Winnicką
Sławomir Zagórski: W ubiegłym roku poddała się pani operacji przywracającej słuch w Międzynarodowym Centrum Słuchu i Mowy w Kajetanach pod Warszawą. Na czym polegał zabieg?
Prof. Ewa Winnicka, 77 lat*: Na wszczepieniu implantu ślimakowego do prawego ucha. Taki implant to elektroniczna proteza ucha wewnętrznego. Składa się z dwóch części - wszczepionego w kość skroniową mikroprocesora, od którego odchodzą elektrody do ślimaka i umiejscowionego za uchem procesora mowy. W zdrowym uchu sygnały dźwiękowe pobudzają komórki słuchowe w ślimaku i stamtąd za pośrednictwem nerwu słuchowego docierają do mózgu. U mnie dźwięki z otoczenia odbiera teraz procesor mowy, przekształca je w serie impulsów elektrycznych, te docierają przez skórę do wszczepionej części implantu i następnie poprzez elektrody w ślimaku i nerw słuchowy do mózgu.
Przed operacją słyszałam już bardzo niewiele, ale mimo ogromnego niedosłuchu odbierałam niskie dźwięki. Dlatego lekarze zdecydowali się pozostawić mi resztki słuchu.
W efekcie moje prawe ucho odbiera częściowo bodźce elektryczne (z implantu), a częściowo akustyczne (z otoczenia). A w drugim uchu noszę - tak jak przed operacją - wzmacniający dźwięki aparat słuchowy.
Kiedy zaczęły się pani kłopoty ze słuchem?
- Kilkanaście lat temu. Byłam nad morzem. Któregoś dnia wychodzę z plaży, idę przez las i wciąż słyszę ten szum. Wszystko zaczęło się zatem od szumów w uszach.
Pamięta pani pierwsze badanie słuchu?
- Tak. Zrobiono mi dwa badania. Jedno mówiło o głośności. Zamykają człowieka w kabinie i puszczają dźwięki o różnej częstotliwości. W chwili, gdy się je usłyszy, trzeba nacisnąć na klawisz. I potem z tego powstaje wykres.
A druga sprawa to rozumienie. Bo to, że człowiek słyszy, to jeszcze nie znaczy, że rozumie. Można kogoś bardzo głośno słyszeć, ale nie rozumieć.
To drugie badanie wygląda następująco. Słucha się serii krótkich słów, np.: "wpuść", "dysk", "koń", kończących się miękko, twardo, spółgłoską, samogłoską, i potem trzeba te słowa powtórzyć. Na tej podstawie powstaje drugi wykres.
Jak wypadły badania?
- Chyba nie za bardzo, bo zaczęłam myśleć o aparacie. Pierwszy założyłam w 1997 roku.
Lekarze od razu na niego namawiali?
- Nie. Potem nawet zastanawiałam się dlaczego. Ale może te pierwsze wyniki nie były jeszcze tak złe. Trudno mi to teraz odtworzyć.
Obserwuję wśród starszych osób niechęć, obawę przed skorzystaniem z aparatu.
- Ja też nie byłam nastawiona najlepiej. Początkowo zależało mi, by ludzie nie wiedzieli, że noszę aparat. Poprosiłam o dobranie jak najmniejszego urządzenia, którego praktycznie nie widać. Podobno lepsze rezultaty dawały aparaty zauszne, ale nie chciałam z nich korzystać.
Potem okazało się, że dobrze by było kupić aparat do drugiego ucha, a z kolei w pierwszym słuch się pogorszył na tyle, że ten mały aparat już nie wystarczał. Co parę lat kupowałam więc następne urządzenia.
Źródło: Gazeta Wyborcza