Rozmowa z Royem Faudree, jednym z założycieli i dyrektorów chóru Young@Heart**
Michał Danielewski: Średnia wieku w Young@Heart to 85 lat. Jak przekonujecie członków chóru, by wykonywali piosenki Radiohead albo Nirvany? Roy Faudree: Teraz jest dużo łatwiej niż na początku. Ale ciągle zdarza się, że przynosimy z Bobem Cilmanem [dyrektorem muzycznym i założycielem chóru Young@Heart] na próbę piosenkę, a nasi artyści nie dają się na nią namówić. Niekiedy piosenka wskakuje na właściwe tory dopiero po wielu próbach i strasznych męczarniach. I nagle okazuje się, że wcześniej jej nie lubili, bo nie potrafili jej zaśpiewać. Generalnie są bardzo otwarci na nowe doświadczenia. Sam chciałbym być tak elastyczny, kiedy przekroczę siedemdziesiątkę. To jednak jest naturalne, że w pewnym wieku masz tendencję do odrzucania muzyki słuchanej przez młodsze pokolenia.
Zadziwiająca jest odwaga artystów w Young@Heart. Ten brak tremy i zażenowania, gdy wychodzą na scenę i śpiewają na przykład "I Feel Good" Jamesa Browna albo "Schizophrenię" Sonic Youth. - Są odważni, fakt. To wynika z kilku rzeczy. Są wspaniałymi ludźmi, którzy do końca oddają się temu, co robią i co sprawia im niewymowną frajdę. Ale jest jeszcze coś. Ja pracuję też z profesjonalnymi artystami w No Theatre. I widzę różnicę. Ludzie w Young@Heart są bez reszty zaangażowani w tu i teraz, w próby, w to, co dzieje się na scenie. Nie myślą, co będzie później, nie kalkulują, jak dzięki temu potoczy się ich przyszła kariera. I to wyzwala w nich niesamowitą energię, którą widzisz podczas występów.
Ta energia jest niemal punkrockowa, przybrudzona, szczera. - Coś w tym jest - większość członków chóru nie ma wykształcenia muzycznego, niektórzy nawet nie śpiewają zbyt dobrze. Young@Heart jest napędzany potrzebą zrobienia czegoś wartościowego bez oglądania się na konsekwencje. Najważniejsze jest to, że sprawia nam radość. To coś jak misja, pasja, powód, by wstać rano z łóżka.
Young@Heart to tylko projekt muzyczny? Czy pełni też funkcję społeczną, terapeutyczną? - Chcemy myśleć o sobie przede wszystkim jako o projekcie muzycznym. Choć nie negujemy innych aspektów. Nasz przykład inspiruje podobne projekty na świecie, aktywizuje ludzi w podeszłym wieku, pokazuje, że mogą żyć pełnią życia i dobrze się bawić. Poza tym przebywanie wśród życzliwych ludzi, z którymi robisz coś ciekawego, sprawia, że czujesz się lepiej, nie masz depresyjnych myśli. Ale też bez przesady. Nie sądzę, by członkowie chóru czy ludzie w ich wieku codziennie budzili się przygnębieni, myśląc, że może to być ostatni dzień ich życia. Cieszą się chwilą.
Zawsze przy takich okazjach opowiadam historię Anny Main z pierwszego, oryginalnego składu Young@Heart. Gdy obchodziła setne urodziny, urządziliśmy wielką paradę na jej cześć w centrum miasta. Niedługo potem okazało się, że naprawdę miała 99 lat - podała nam złą datę urodzenia. Rok później z wielką radością powtórzyliśmy całą uroczystość.
Jak szukacie artystów do Young@Heart? - Kiedy zaczynaliśmy w 1982 roku, wszyscy członkowie chóru wywodzili się z jednego domu spokojnej starości w Northampton. Teraz zgłasza się do nas tylu chętnych, że robimy przesłuchania.
Taki "Idol" dla emerytów? - (Śmiech) Nie. Nie sprawdzamy ich umiejętności wokalnych, nie krytykujemy złośliwie, a kandydaci nie zgłaszają się do nas z myślą o karierze w show-biznesie. Po prostu przyglądamy się im. Mamy wielu potencjalnych członków chóru, którzy czekają na swoją kolej, choćby dlatego, że są za młodzi. Będą z nami, gdy dorosną i przekroczą siedemdziesiątkę.
W dokumencie o waszym chórze nakręconym przez brytyjski Channel 5 prezentujecie się jak wielka szczęśliwa rodzina. Ale jestem przekonany, że są trudne momenty... - Kiedy uczestniczysz długo w jakimś projekcie, spotykasz się z innymi ludźmi, w naturalny sposób nawiązują się przyjaźnie. I trudno pogodzić się z odejściem znajomego, ze śmiercią kolejnych przyjaciół. A w Young@Heart zdarza się to dość często.
Poza tym nasi artyści muszą poradzić sobie z tym, że wciąż się starzeją. Często koncertujemy, mamy regularne próby. I wyobraź sobie, że w pewnym momencie nie potrafisz temu podołać. Jesteś zbyt stary i schorowany nawet na to, by być członkiem zespołu pomyślanego jako grupa dla starych ludzi. Dla nikogo nie byłoby to proste do przyjęcia.
A jak jest z wami - z tobą i Bobem Cilmanem - szefami szalonego przedsięwzięcia pod tytułem Young@Hearts? Nie macie czasami dosyć? - Cóż, my też się starzejemy (śmiech). Kiedy zaczynaliśmy pracować z chórem, byliśmy młodymi ludźmi. Różnica wieku między nami a naszymi artystami była częścią tej niesamowitej chemii, która wyzwalała się w Young@Heart. Wtedy, na początku lat 80., pracowaliśmy z ludźmi o 30, 40 lat starszymi od nas. Teraz jesteśmy niemal w tym samym wieku co nasi podopieczni.
Wydaje mi się, że działanie chóru będzie miało sens jedynie wówczas, kiedy zacznie pomagać nam w pracy młodsza generacja. Dlaczego? To proste. Byłoby to raczej bezsensowne, gdybyśmy cały czas wykonywali piosenki naszej młodości. Bo to też coraz częściej
muzyka młodości osób śpiewających w chórze. Więc radzą sobie z nią doskonale, bez wysiłku. A wtedy znika napięcie, suspens, magia towarzysząca naszym występom.