Rozmowa z hrabiną Isabelle d'Ornano, wiceprezes firmy Sisley
Krystyna Naszkowska: Bardzo dobrze mówi pani po polsku
Isabelle d'Ornano: To zasługa moich rodziców. Choć moim pierwszym językiem był portugalski, potem hiszpański, bo do 18. roku życia mieszkałam w Hiszpanii, uczyłam się w liceum francuskim, a studiowałam po angielsku w Oksfordzie, to w domu musiałam mówić po polsku. Rodzice nie odpowiadali na pytania zadane w innym języku. My, dzieci - ja, moje dwie siostry i brat - między sobą rozmawialiśmy po hiszpańsku. Nie bardzo rozumieliśmy, po co nam polski, bo wiadomo było, że do Polski nie wrócimy. Myślę, że tak rodzice rozumieli patriotyzm. Chcieli w nas zachować język, jego kulturę i historię.
Coś pani pamięta z Polski przedwojennej?
- Nic a nic. Wiem, że urodziłam się w pałacu Potockich w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, tam, gdzie dziś jest siedziba Ministerstwa Kultury. Miałam dwa lata, jak mama nas wywiozła z Polski na początku 1940 r. Najpierw kraj opuścił mój ojciec Józef Potocki. Był dyplomatą i pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych - wyjechał wraz z całym rządem w 1939 roku. A jak do Warszawy weszli Niemcy, to zaaresztowali całą rodzinę Radziwiłłów, w tym moją mamę, która była córką Janusza Radziwiłła, i nas, troje dzieci - bo brat urodził się później. Wtedy o nasze uwolnienie postarał się minister spraw zagranicznych Włoch hrabia Galeazzo Ciano. Był dobrym znajomym ojca, bo kiedy przed wojną przyjeżdżał do Polski, to właśnie ojciec się nim zajmował - organizował polowania, zabierał go na przyjęcia. Kiedy Ciano zobaczył na listach uwięzionych nasze nazwisko, postarał się, by nas zwolniono, całą rodzinę Radziwiłłów. Żona Ciano była córką Mussoliniego, więc on miał naprawdę duże wpływy. Wtedy, po interwencji Ciano, wszyscy wrócili do domów, tylko moja mama zdecydowała się wyjechać. Chciała dołączyć do ojca, którego przedwojenny rząd polski wysłał do Portugalii, która była krajem neutralnym w czasie wojny. On tam kierował Polskim Czerwonym Krzyżem.
Potem w 1945 r. ojciec został ambasadorem w Hiszpanii i zamieszkaliśmy w Madrycie.
Ambasadorem rządu londyńskiego?
- Właściwie jedynego rządu polskiego. Bo Hiszpanie do śmierci mojego ojca w 1968 r. nie uznawali rządów komunistycznej Polski. To był jedyny kraj, oprócz Watykanu, który go nie uznał. Potem po śmierci ojca minister spraw zagranicznych Hiszpanii powiedział mojej mamie, że dla nich Polska to był Józef Potocki. Dopiero po jego śmierci mogą przyjąć ambasadora przysłanego z Warszawy.
Kiedy pani po raz pierwszy przyjechała do Polski?
- W 1967 r. na pogrzeb mojego dziadunia Janusza Radziwiłła. To była postać! Nigdy nie chciał wyjechać z kraju, choć komuniści chętnie by się go pozbyli. Przyjechał do nas do Hiszpanii tylko dlatego, że miał gwarancję powrotu do Polski. Uważał, że musi zostać, że trzeba dawać przykład właściwych postaw. On nigdy źle o Polsce nie mówił, o tamtych rządach. Ale np. w tramwaju nie płacił za bilet, mówił, że wszystko mu zabrali komuniści i nie ma czym płacić.
Jakie wrażenie zrobiła na pani wtedy Polska?
- Wydała mi się dość smutna. Przyjechałam z moim wujem Stanisławem i zamieszkaliśmy w Hotelu Europejskim w Warszawie. I zdumiało mnie, że recepcjonistki w hotelu mówiły o moim wuju "książę Radziwiłł". Ludzie, jakich spotkałam wtedy w Polsce, wydali mi się wyjątkowi w sensie moralnym i intelektualnym, inni niż ci z zachodniego świata. Oni dużo przeszli, byli w opozycji do władz, żyli jakby poza urzędowym światem. I w przeciwieństwie do Zachodu nie bili się o pierwsze miejsca w zawodzie, w karierze. Tu nie było się o co bić.
Była pani w tym domu, w którym się urodziła?
- Tak, zwiedzałam wnętrza. W sumie jest tam dość zwyczajnie.
A na czym polegała polskość pani rodzinnego domu w Madrycie?
- Między innymi na tym, że wszyscy posługiwaliśmy się paszportami emigracyjnego państwa polskiego, jeździliśmy z tymi paszportami po całym świecie, także do USA, co było jednak dosyć wyjątkowe i skomplikowane. Dopiero po śmierci ojca mama przyjęła paszport hiszpański. Nie chodziliśmy do żadnych polskich szkół - mama nas uczyła języka i historii Polski. Mam ogromny szacunek dla mojej matki za to wszystko, za ten upór, z jakim nas uczyła polskości.
Czy to, że się pochodziło z arystokracji, do czegoś zobowiązywało, do jakichś postaw życiowych?
- Ojciec mało o tym mówił. A moja matka miała taki biało-czarny obraz świata, tego, co jest dobre, a co nie. Była bardzo zasadnicza w spojrzeniu na życie, na świat.
O życiu w przedwojennej Polsce moi rodzice bardzo mało nam opowiadali. Ja sama zaczęłam się tym interesować dopiero po studiach.
Nie było nostalgicznych wspomnień o balach, polowaniach, przyjęciach?
Źródło: Gazeta Wyborcza