Tomasz Gawłowski to wysoki 40-latek po krakowskiej AGH . Menedżer w amerykańskim koncernie. Energiczny i zabiegany. Spotykamy się na stacji benzynowej przy drodze na Bielsko-Białą, bo stale jest gdzieś w drodze.
Siedem lat temu wracał w nocy samochodem do domu w Czechowicach-Dziedzicach ze szpitala w Bielsku-Białej. Kilka godzin wcześniej jego żona Ania urodziła ich syna, Jasia.
Przez głowę mu przeleciało (- Wiem, że to strasznie górnolotne, ale co poradzę? - uśmiecha się), że kiedyś Jaś będzie tak jak on, gnał tą samą drogą ze szpitala, kiedy urodzi się jego syn. A później... syn tego syna, czyli jego prawnuk.
- Nie zdarzyło się w rodzinie Gawłowskich, żeby dziadek dożył narodzin swojego wnuka. Pewnie mnie już nie będzie, kiedy narodzi się syn Jasia, a potem dla mojego prawnuka będę kimś tak abstrakcyjnym, jak dla mnie dziś mój pradziadek - myślał. - Zaraz, przecież ja nawet nie wiem, jak mój pradziadek miał na imię!
Ciocia Kazia i dwóch kuzynów
Następnego dnia postanowił, że musi się tego dowiedzieć.
Niestety, nie żyła już jego babcia Stefcia, skarbnica wiedzy o wszystkich członkach rodu. Zmarła, gdy miała 89 lat. Teraz żałował, że z nią nie porozmawiał.
Na szczęście byli kuzyni i rodzeństwo ojca - na przykład ciocia Kazia, siostra taty.
To ona opowiedziała mu, że jeden z kuzynów ojca w czasie II wojny światowej służył w niemieckiej marynarce w obronie Norwegii. Modlił się z polskiego modlitewnika, żeby nad jego okręt nie nadleciał nigdy jego kuzyn, który służył w RAF-ie. Wtedy by musieli do siebie strzelać.
Ciocia Kazia pewnie powiedziała też coś o pradziadku, ale dziś, po siedmiu latach, Gawłowski nawet nie pamięta co. Zresztą ważniejsze jest to, że jego zainteresowanie pradziadkiem szybko przerodziło się w poszukiwania innych przodków.
Dziadek Antoni, pradziadek Jan
Zaczął od dziadka Antoniego. Do tej pory znał go tylko z fotografii ("Nie zdarzyło się w rodzinie Gawłowskich, żeby dziadek dożył narodzin swojego wnuka"). Wiedział, kiedy się urodził, i że pochodził ze wsi Rudzica położonej jakieś 20 km od Czechowic-Dziedzic. O jego rodzicach nie wiedział nic.
Pojechał prosić o pomoc proboszcza parafii w Rudzicy. Za pierwszym razem rozmawiali tylko przez domofon.
Dziś Gawłowski nie dziwi się tej nieufności. - Nieraz księża mają niedobre doświadczenia z ludźmi, którzy przychodzą rozpytywać o przodków. Np. ktoś, korzystając z nieuwagi proboszcza, wyrwie kartkę z parafialnej księgi urodzeń czy zgonów. Poza tym szukanie w metrykach zabiera czas, a księżom go brakuje. Dlatego niektórzy wolą zniechęcić genealoga.
Do proboszcza Rudzicy pojechał po raz drugi, trzeci... aż w końcu go do siebie przekonał. Kiedyś tak się zasiedział, że ksiądz zaprosił go na zupę.
To właśnie w parafii w Rudzicy znalazł akt urodzenia dziadka Antoniego. Z niego dowiedział się, że pradziadek miał na imię Jan - tak jak jego syn.
A akt chrztu pradziadka odnalazł kilka miesięcy później w Urzędzie Stanu Cywilnego w gminie Jasienica (by tam szukać, podpowiedział mu proboszcz z Rudzicy).
- Trzeba choć raz trzymać w ręku pożółkły ze starości dokument, żeby zrozumieć, co mnie ciągnie do tej roboty - uważa Gawłowski. - Gdy dotykam takiego rozsypującego się ze starości kawałka papieru, mam poczucie, że w tej jednej niepowtarzalnej chwili spotykam się z człowiekiem, którego już nie ma.
Też mnie wzięło!
Gdy w urzędzie w Jasienicy przyglądał się dokumentowi, na jego komórkę zadzwonił kolega. - Pomyślałem, że jak mu powiem, że ślęczę nad starymi księgami to uzna, że ze mną coś nie tak. No i rzeczywiście, w słuchawce zaległa dłuższa cisza, a zaraz potem prawie krzyk: "Wiesz, mnie też to wzięło, ale ja zacząłem dwa lata wcześniej!"
Źródło: Gazeta Wyborcza