Do dnia moich 40. urodzin nie obchodziło mnie, ile dokładnie mam lat. Kiedy musiałam podawać konkretny wiek - np. u lekarza - przeliczałam: - Teraz mamy 2005 rok 2005 odjąć 1967 to jest chwilę... 38! Mam 38 lat.
Równie niefrasobliwie traktowałam sprawę "starości" i jeśli o niej w ogóle myślałam, to tylko tak: będzie taka, jak ja zechcę.
A gdy ktoś mówił, że czterdziestka jest cezurą, wydawało mi się to tak samo głupie jak odpalanie fajerwerków w sylwestra. - O co ten hałas? - nie rozumiałam. Przecież tylko liczba się zmienia.
A potem skończyłam 40 lat.
I w dniu urodzin mój rozum i emocje wzięły rozwód.
Rozum był spokojny: - I co z tego, że 40? Nie masz na to wpływu.
Ale emocje nie nadążały za głową. Przejmowałam się tą czterdziestką, ciągle o tym myślałam i jak kamyk, który nie wiadomo skąd wziął się w bucie, zaczęła uwierać mnie myśl, że mogę się zestarzeć (co mnie dziwiło).
I kiedy tak - niczym bohaterka telenoweli - rozpamiętywałam swój wiek, to z właściwą sobie przesadą zaczęłam obserwować - nie rówieśników, nie 50-latków, tylko 60-, 70-latków.
Przyznaję, patrzyłam na nich jak na eksponaty z wystawy pt. "Starość".
Zaczęłam od kobiecych nóg z żylakami.
Czekając na tramwaj na przystanku, oglądałam spuchnięte stopy, skórę niczym mapa geograficzna poszatkowaną fioletowymi i zielonkawymi żyłami. - Rety! I mnie to czeka?
Patrzyłam na ubrania. - I ja będę się tak ubierała?
W końcu mi przeszło, bo ileż u licha można zajmować się wyglądem, nawet cudzym.
Ale nie potrafię już nie widzieć starych ludzi.
Patrzę na nich trochę z ciekawością, niepewnie i jednocześnie normalnie - jak na koleżankę, która w pracy siedzi przy biurku obok. A im baczniej się im przyglądam, tym bardziej widzę, że źle im się żyje.
I nie chodzi tu tylko o niskie emerytury, kolejki w państwowej służbie zdrowia, ceny leków (starzy ludzie chorują) czy niewystarczającą pomoc społeczną.
Chodzi mi o rzeczy zupełnie prozaiczne. Np. takie:
** Do warszawskiego autobusu 167 wsiada para 70-latków. Rozglądają się i... nie mogą znaleźć siedzeń, na które nie musieliby się wspinać. Te, które nie są na podwyższeniach, są zajęte.
** Moja starsza ciotka jechała do Warszawy. Jest niewysoka - 157 cm - i... nie mogła wsiąść do pociągu na dworcu Łódź Fabryczna, bo stopień w drzwiach wagonu był za wysoko. Dwaj mężczyźni musieli ją podnieść.
"Przepraszam, czy mogą mnie panowie podsadzić?" Życzę tym, którzy kupili te pociągi i gwiżdżą na takie detale jak odległość stopnia od peronu, by choć raz w życiu musieli o coś takiego poprosić. W obecności innych ludzi.
Źródło: Gazeta Wyborcza