http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Moje nowe życie

rozmawiała Krystyna Naszkowska
2010-09-01, ostatnia aktualizacja 2010-09-01 17:14

-Terapeuta mówił, że jak chcę trzeźwieć, to muszę sama coś wypracować. Kobieto, masz być niezależna, powtarzał- opowiada Grażyna Dawidowska, która w wieku 52 lat poszła na studia podyplomowe i założyła pierwszy własny biznes


Fot. Wojciech Surdziel / Agencja
ZOBACZ TAKŻE
Krystyna Naszkowska: Powie pani, ile ma lat?

Grażyna Dawidowska: Nie mam z tym żadnego problemu - 57.

Większość kobiet nie lubi o tym mówić. Z czego się bierze pani otwartość? Z tego, że czuje się pani młoda?

- Z tego, że się akceptuję. Pewnie dlatego nie mam żadnej potrzeby odejmowania sobie lat. Młoda nie jestem, ale też nie czuję się stara. A nawet czasami cieszę się, że nie jestem już młoda.

Bo?

- Od pewnego czasu inaczej żyję, z inną świadomością, jakby bardziej dla siebie. Wcześniej żyłam, by spełniać oczekiwania innych, by zasłużyć na ich uznanie - rodziców, męża, dzieci, znajomych. Czułam, że coś muszę. A teraz wiem, że pewien etap mam za sobą, córki są już samodzielne, pępowina została przecięta. Teraz moje życie jest bardziej dla mnie. I nawet jak coś schrzanię, nie przejmuję się, daję sobie prawo do błędów.

Od kiedy pani żyje dla siebie?

- Od kilku lat, ale zaczęłam nad sobą pracować 12 lat temu, czyli miałam 45 lat. To była data graniczna. Do tego momentu moje życie sprowadzało się do wychowywania dzieci i ciężkiej pracy w domu, w polu, razem z mężem. Bo ja w 1980 r. wyszłam za mąż za, jak się wtedy mówiło, syna badylarza. Oboje skończyliśmy ogrodnictwo na SGGW w Warszawie. Rodzice męża mieli bardzo dobre, pokazowe gospodarstwo pod Warszawą i w prezencie ślubnym dali nam 6 hektarów ziemi. Uprawialiśmy tam wszystko - od warzyw po kwiaty. A mój tato, który już miał mnie dość i chciał się mnie pozbyć z domu, podarował nam działkę na obrzeżu Warszawy, na której wybudowaliśmy dom - to był mój posag.

Tato też był badylarzem?

- Mój ojciec wykonywał bardzo wiele zawodów, ale na końcu zajmował się ogrodnictwem. Uprawiał cebule kwiatów - tulipany i żonkile.

To chyba byliście dość zamożni?

- Niby tak, ale ja tego nigdy nie czułam. Może dlatego, że wszyscy byliśmy nauczeni ciężkiej pracy w tym ogrodnictwie - ja i moje rodzeństwo. Ale na pewno źle nam się nie działo.

W każdym razie po wyjściu za mąż pracowałam z mężem na polu, rodziłam dzieci - jedno, drugie, wychowywałam je i prowadziłam dom. I tak jakoś się stało, że zaczęłam uciekać w alkohol. Chorowałam, miałam kłopoty ze snem i na początku piłam, by lepiej spać. Naokoło mnie był wszędzie alkohol, ludzie pili, ale normalnie, a ja zaczęłam pić w samotności.

Bardzo szybko się uzależniłam. Miałam świadomość tego, więc próbowałam coś z tym zrobić - poddawałam się hipnozie, łykałam kulki z ziół, ale to nie pomagało.

Dopiero jak zaczęłam chodzić na terapię, zaczęło się moje nowe życie. To się stało 12 lat temu, od tego czasu jestem sucha, czyli nie używam alkoholu.

Jak trafiła pani na terapię?

- Miałam koleżankę jeszcze ze studiów, o której wiedziałam, że piła, a potem przestała. Poszłam do niej i powiedziałam, że też nie chcę pić.

Powiedziała mi, że jak nie chcę pić, to mam robić to i to. I ja jej słuchałam, robiłam wszystko, co mi radziła. To ona kazała mi iść na terapię.

A mąż nie próbował tam pani wysłać?

- Nie, mąż to wypierał, nie chciał przyznać się sam przed sobą, że jestem alkoholiczką. Krył mnie przed innymi. Wstydził się, bo to jest wielki wstyd. Ja cały czas się tego wstydzę.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':