Pomysł na ten tom jest prosty - przeciwstawić się dwóm dominującym narracjom o PRL. Pierwsza, narodowo-martyrologiczna, pokazuje go jako kraj wszechobecnej
SB i represji. Druga jest groteskowo-sentymentalna, a jej rezultat to niesłabnąca popularność komedii Barei. Pomiędzy tymi dwoma obrazami - PRL więzienia oraz PRL wesołego domu wariatów - jest jeszcze kawał prawdziwego życia, w którym ludzie mają rozmaite codzienne problemy, a reporterzy o nich piszą.
Z perspektywy reportaży wybranych tu przez Krzysztofa Tomasika koniec systemu w 1989 r. wcale nie był radykalnym zerwaniem ciągłości w społecznym życiu. Pojawiają się tu te same problemy, które były ważne w Polsce także w latach 90. i później: rewolucja obyczajowa (reportaż o ruchu naturystycznym), stosunek do obcości (historia czarnego dziecka urodzonego przez dziewczynę z PGR), opieka nad ludźmi starymi czy prostytucja. Jest smutna historia mężczyzny, który próbuje zmienić płeć - co wtedy wydawało się czymś dużo bardziej dziwacznym niż dziś. To, jak wówczas taka zmiana płci była egzotyczna, pozwala nam ocenić, na ile III RP jest krajem bardziej otwartym i tolerancyjnym.
Wszystkie te historie, oczywiście, podane są w sosie z epoki - jest więc np. sprawa zaginionego spadku po starszej, samotnej kobiecie, która miała skarb w postaci złota i dewiz. Skład tego skarbu pracowicie - łącznie z numerami banknotów - spisuje dziarski sierżant MO. Życie społeczne końcowego PRL wydaje się zawieszone pomiędzy starymi a nowymi czasami, już wyczuwanymi za horyzontem.
Źródłem tych reportaży jest seria "Ekspres reporterów", popularna (nawet 100 tys. nakładu) i zapełniana przez wielu wybitnych dziennikarzy (m.in. Hannę Krall, Barbarę Łopieńską czy Ryszarda Kapuścińskiego). "Warto przypomnieć poziom reprezentowany przez ówczesną publicystykę" - zachwyca się Tomasik. Tego zachwytu nie podzielam: z dzisiejszej perspektywy wybrane teksty są napisane w sposób męczący i anachroniczny. Najbardziej uciążliwe jest ich rozpaczliwe przegadanie. Trzy strony bitego druku zajmuje np. wyliczenie tego, co składało się na skarb zmarłej staruszki, z tego pół strony - sprawozdanie, w jakich latach zostały wybite kolejne
złote dwudziestodolarówki.
To nie jest zarzut wobec autorów, ale nic podobnego nikt by dziś nie wydrukował. Wszystko się zmieniło - i rynek prasy, i czytelnicy. Reportaż w gazetach umiera, bo to drogi gatunek. Jednak nie tylko dlatego reportaże pisze się i redaguje dziś inaczej - i chyba lepiej - niż wtedy. Czytelnicy mają coraz mniej cierpliwości. W PRL życie płynęło wolniej i wszyscy mieli więcej czasu, dziś dziennikarz musi czas czytelnika szanować, a w redakcjach walczy się o każde słowo skracanego tekstu. "Mulat w pegeerze" to interesująca książka, ale jako ciekawostka z minionej epoki, a nie jako pomnik polskiego literackiego reportażu.