Mały pozłacany gramofon to obiekt pożądania prawdopodobnie każdego
muzyka. Poza prestiżem Grammy daje się przeliczyć na wymierne zyski. Wyróżnienie, najlepiej w jakiejś ważnej kategorii, to dowód sukcesu na najtrudniejszym i największym rynku świata.
Ale Grammy to instytucja, która ma swoje wady. Lista wątpliwości jest proporcjonalna do jej ciężaru gatunkowego. Grammy są nazywane muzycznymi Oscarami i podobnie jak Oscary bywają uznawane za skrajnie przewidywalne i zachowawcze. Do legendy przeszła już historia z końca lat 80., gdy gremium wyróżniających postanowiło pójść z duchem czasów i dołączyć do nagrody kategorię... "najlepsze wykonanie hard
rock/heavy metal". Późno (pierwsze płyty, które łapią się na etykietkę "hard rock", powstawały pod koniec lat 60.), ale jednak. Z tym że na tym nowatorstwo Akademii się skończyło - pierwszą nagrodę we wspomnianej kategorii otrzymało Jethro Tull. Nie dość, że zespół nijak nie pasował ani do etykietki "hard", a już tym bardziej do "heavy", to na dodatek w pokonanym polu zostawił symbol gatunku Metallicę i jej niezwykły album " And Justice For All".
Zrzeszająca ok. 18 tysięcy członków organizacja - w jej skład wchodzą muzycy, producenci oraz inżynierowie dźwięku - jest krytykowana za mnożenie kategorii. Obecnie jest ich aż 109. Obok oczywistych, jak "piosenka roku" czy "płyta roku", jest tu też masa specjalistycznych wyróżnień w rodzaju "najlepsza aranżacja instrumentalna towarzysząca wokaliście" (nie mylić z "najlepszą aranżacją" oraz "najlepszą aranżacją instrumentalną"). Pod hasłem "american roots" kryje się aż dziewięć kategorii (w tym np. "najlepsza płyta z muzyką hawajską"), ale nie załapuje się do niego country, które ma oddzielne dziesięć kategorii.
Bo Grammy to w dużej mierze nagrody techniczne, doceniające nie tylko piosenkę czy artystę, ale też jakość nagrania. Dla postronnego fana jest to jednak mało interesujące i mocno nieczytelne.
Czy więc jest się w ogóle czym ekscytować? Otóż tak. Grammy może i są nieco koturnowe, ale dają ciekawy obraz współczesnej sceny i jej tendencji. Wystarczy szybki rzut oka na tegoroczne nominacje. W tzw. general field - zestawie czterech najbardziej prestiżowych nagród (piosenka, nagranie, album i nowy artysta) - na nagrody mają szansę m.in. Eminem (nominacje w aż dziesięciu kategoriach), Jay-Z, Lady Gaga, Katy Perry, trio country Lady Antebellum oraz kanadyjska grupa alternatywna Arcade Fire. Dorzućmy do tego grona jeszcze kilku wykonawców również obecnych na liście - Cee Lo Greena (to ten od niegrzecznego hitu "Fuck You"), Bruno Marsa, Rihannę czy Alicię Keys, a okaże się, że doszło do zasadniczej zmiany pokoleniowej. Nie tylko nie ma tu żadnych weteranów, ale nawet wykonawców, którzy (poza Jayem-Z, Cee Lo i Eminemem) nagrywali jeszcze w latach 90. To samo widać zresztą gdy wyjdziemy poza najważniejsze kategorie. W popie nominowani są Norah Jones, Sara Bareilles i Adam Lambert (obecność na liście takich gwiazd jak Elton John, Sade czy pośmiertnie doceniony Michael Jackson wygląda cokolwiek egzotycznie). W muzyce tanecznej - La Roux,
Robyn i
Goldfrapp. Podobnie w country czy rapie. Weterani mocno trzymają się właściwie tylko w kategoriach rockowych - tutaj wśród nominowanych znajdziemy Neila Younga, Jeffa Becka, Paula McCartneya, Erica Claptona, Roberta Planta i Ozzy'ego Osbourne'a.
Scena muzyczna drastycznie odmłodniała, natomiast rock opiera na nazwiskach znanych od lat. Mimo gigantycznego ożywienia na scenie gitarowej, które obserwowaliśmy w ostatniej dekadzie, do zauważanego przez Akademię mainstreamu przebiło się zaskakująco mało artystów. Poza Arcade Fire wśród nominowanych znajdziemy właściwie tylko Kings Of Leon, Black Keys i Muse. Inni reprezentanci gitarowej rewolty zostali zepchnięci do jednej kategorii - "najlepszy album alternatywny".
W poniedziałek rano media zaleją informacje o zwycięzcach Grammy. Wygląda jednak na to, że dwa najciekawsze newsy związane z nagrodą - o triumfie młodego pokolenia artystów oraz defensywie, w jakiej znalazła się współczesna muzyka gitarowa - ogłosić można już teraz.