Gervais przyćmił sukces "The Social Network" i serialu "Glee". Zwycięzcom odpowiednio czterech i trzech statuetek nikt nie poświęcił tyle uwagi, co prowadzącemu.
Gervais, który prowadził Globy po raz trzeci, tym razem zaczął od stwierdzenia: "To będzie noc nagród i mocnego picia", ale zaraz dodał, że "Charlie Sheen nazywa tak śniadanie". Później opisał jesienną rozróbę, która doprowadziła Sheena do rozwodu. Dostało się też Hugh Heffnerowi i jego młodziutkiej narzeczonej, a instrukcje dla blondynki, która poślubiła 84-letniego playboya brzmiały: "Nie patrz, kiedy będziesz tego dotykać".
Gervais nie oszczędził też nominowanych filmów. Zdementował plotki, że "Turystę" nominowano tylko po to, by na Globach pojawili się Angelina Jolie i Johnny Depp, ale nie wykluczył wręczania łapówek. Wręczający statuetkę Bruce Willis został przedstawiony jako ojciec Ashtona Kutchera (młodego narzeczonego matki dzieci Willisa, Demi Moore ), a Robert Downey Jr. jako bywalec klinik odwykowych i więzień. Sandrę Bullock Gervais poprzedził wizytówką: "Zakochaliśmy się w niej gdy prowadziła autobus, a potem gdy sprzedawała bilety w metrze. Teraz unika transportu publicznego. Jak powiedziała mi za kulisami - ludzie w komunikacji zbiorowej są brzydcy i śmierdzą".
Podczas gali komik zniknął ze sceny na godzinę. Na blogach, Twitterze i Facebooku spekulowano, czy został uprowadzony, zwolniony, a może nawet zabity. Gdy wrócił do zapowiadania gwiazd dowcipy stały się bardziej stonowane. Następca Larry'ego Kinga w CNN Piers Morgan powiedział, że Brytyjczyk "wyglądał na zastraszonego" i zaprosił Gervaisa do swojego programu. "Washington Post" pyta czy Amerykanie są już w stanie wojny z Wielką Brytanią.
Prowadzący wydał po gali specjalne oświadczenie zapewniając, że wygłosił wszystkie przygotowane wcześniej monologi, a przerwa między nimi była długa, bo chciał zapowiadać tylko gości, z których można żartować bez przeszkód, bo mają poczucie humoru.
Tu nieco się przeliczył. Wprawdzie odbierający wyróżnienie za całokształt twórczości Robert De Niro nie dowierzał własnym uszom, ale ocierał łzy śmiechu, podobnie jak Alec Baldwin. Ale Johnny Depp kręcił głową z dezaprobatą, Robert Downey Jr. jeszcze ze sceny określił żarty jako podłe, Tom Hanks skrytykował Gervaisa po ceremonii.
Gervais może być dumny, nawet jeśli w
Hollywood będzie miał problem z kolejnym kontraktem. W końcu zadrwił z największych sław na oczach milionów. Po dowcipie o ukrytym homoseksualizmie najważniejszych scjentologów publiczność wyglądała na przerażoną - "jakby zastanawiali się, czy sam fakt, że usłyszeli ten żart wystarczy, by zostali pozwani", jak skomentowała prasa. Felietonista "Guardiana" napisał, że aktorzy wyglądali, jakby chcieli wysłać swoim agentom SMS-a z pytaniem, czy wypada się śmiać z żartu, a gospodarz tegorocznych Brit Awards James Corden podsumował, że Gervais był niezwykły.
A Gervais po prostu był sobą. Już rok temu zaczął Globy od stwierdzenia, że będzie "pił tyle, co mężczyzna obok, o ile mężczyzną obok nie będzie Mel Gibson". Sukces Kate Winslet, nagrodzonej za rolę w "Lektorze" komentował: "A nie mówiłem Kate, zrób film o Holocauście, a nagrody same się pojawią". To Gervais podczas swojego kabaretowego tournee "Fame" w 2007 r. opowiadał, że pytany "jak zostać sławnym?" udziela rady: "zabij prostytutkę". Kilka tygodni później pięć prostytutek zostało zamordowanych w hrabstwie Suffolk. "Nie opowiem tej anegdoty w Ipswich" - skomentował Gervais.
Komik zdobył popularność dzięki brytyjskiemu serialowi "Biuro" ("The Office"). Kręcona w stylu fikcyjnego dokumentu, rejestrująca codzienne życie w biurze seria pokazywała typowego szefa, który niewiele umie, ale za wszelką cenę chce zdobyć autorytet u podwładnych. Gervais zagrał też kiedyś w filmie "The Invention of Lying" o świecie, w którym wszyscy mówią wyłącznie prawdę.