Że przecież mamy tyle ważniejszych tematów, których podjęcie wydaje się w normalnie działającym kraju rzeczą oczywistą, zaś jego brak - zdumiewającą i naganną.
Powódź jest, podwyżka VAT-u będzie,
dług publiczny nad głowami wisi, o reformie służby zdrowia pogadać by warto, o wielu innych sprawach, a tu nic, tylko, co
Jarosław Kaczyński powiedział o "panu Komorowskim", który zdobył prezydenturę "przez nieporozumienie", dlaczego J.K. nie przyszedł na zaprzysiężenie, czy to odbije się w sondażach negatywnie, czy może właśnie odwrotnie. I tak w kółko. Kaczyński wczoraj wieczorem się skrzywił, rano się uśmiechnął, w południe zdementował, a po południu zdezaprobował.
Teoretycznie zgadzam się, że dość już tej tyranii jednego tematu, chociaż nie przesadzajmy, o innych ważnych sprawach też się pisze, ja jednak czytam w pierwszej kolejności to wszystko, co o Kaczyńskim. Pilnie i z uwagą czytam. Dlaczego?
Ano chyba dlatego, że wciąż się boję. Nie jestem mocny w rachunkach, ale tak sobie obliczam, że jeżeli w wyborach prezydenckich w drugiej turze głosowała nieco ponad połowa Polaków, jeżeli z tej połowy prawie połowa była za Jarosławem Kaczyńskim, to - po zaokrągleniu - musi to oznaczać, że na czterech Polaków jeden jest jego zdecydowanym zwolennikiem.
A jeśliby uwierzyć socjologom, którzy uważają, że sympatie tych, którzy do urn nie poszli, dzielą się też mniej więcej po połowie, to można przyjąć, że co drugi Polak nie miałby nic przeciwko temu, żeby najwyższy urząd w państwie objął Jarosław Kaczyński, i to jest dla mnie przerażające, bo to znaczy, że żyję w kraju, w którym prawie połowa ludności jest - przepraszam najmocniej - nieodpowiedzialna, ślepa, głucha, nieumiejąca wyciągać najprostszych wniosków z tego, co się wokół niej dzieje, i w konsekwencji groźna. Dla siebie, dla innych, dla kraju.
Znów staram się sobie perswadować, że to jest "prawie", a prawie - co wiedzą wszyscy oglądacze reklam - robi różnicę, znów przypominam sobie socjologów, którzy uspokajają, że zawsze się znajduje większość, która przegłosuje i nie dopuści, ale dla mnie to żadna pociecha, bo to nie jest większość zdecydowana. Miesiąc temu ta większość wygrała ledwo ledwo i wciąż budzi obawę, że nagle może się zagapić, wyjechać na urlop, przez chwilę dać się otumanić (przypominam puste lodówki i dziadka z Wehrmachtu) i koniec.
Mam prawnuka i bardzo bym chciał, żeby żył w kraju, w którym nie mogą się powtórzyć szaleństwa i kompromitacje tzw. IV RP ani też spełnić dalekosiężne plany Jarosława Kaczyńskiego, które niezagapiona większość na szczęście w porę przystopowała. Ale niestety. Póki J.K. działa w życiu publicznym, póki ma karne szeregi fanatycznych wyznawców, muszę obserwować, co robi, tak by w razie czego zdążyć z ewakuacją.