5 lipca jury konkursu na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim w Warszawie zarekomendowało ministrowi kultury Bogdanowi Zdrojewskiemu włoskiego krytyka sztuki Fabia Cavallucciego. Gdyby Cavallucci - obecnie dyrektor Biennale Rzeźby Współczesnej w Carrarze, wcześniej galerii w Trydencie - został dyrektorem CSW, byłoby to przełomowe. Byłby to pierwszy zagraniczny dyrektor galerii sztuki w Polsce, czyli uczyniono by krok w stronę europejskiego modelu zarządzania sztuką, w którym granice i obywatelstwa powoli przestają mieć znaczenie. Poza tym CSW bardzo potrzebuje dyrektora. Od wielu miesięcy jest pogrążone w finansowym i programowym kryzysie. Jednak minister Zdrojewski nie wręczył Cavallucciemu nominacji, tłumacząc, że musi z nim najpierw porozmawiać, co zaplanowane jest na początek sierpnia.
Tak więc dalej będziemy czekać. Tymczasem gdzie indziej nominacje przyśpieszyły. Od piątku mamy na kolejną kadencję dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszkę Odorowicz i nowego dyrektora warszawskich Łazienek. Został nim Tadeusz Zielniewicz, w latach 1987-95 główny konserwator zabytków, specjalista w dziedzinie pozyskiwania funduszy europejskich. W latach 2005-07 był dyrektorem Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Odszedł stamtąd w atmosferze skandalu, po tym jak próbował torpedować decyzję jury konkursu architektonicznego na ten budynek.
Kiedy spytałam ministra Zdrojewskiego, dlaczego jest tak, że na dyrektora PISF przeprowadza się konkurs, a na dyrektora Łazienek już nie, powiedział, że jeśli chodzi o muzea, konkursy się nie udają i w żadnej innej dziedzinie nie jest tak trudno znaleźć dyrektora. Poszukiwanie dyrektora Łazienek trwało rok.
Racja, mało mamy dyrektorów muzealnych z konkursu, ale ministrowi można wypomnieć, że on również ma w tym swój udział. To minister Zdrojewski nie uznał wyniku konkursu na dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie w 2007 r., kiedy jury rekomendowało Wojciecha Włodarczyka. Miał do tego prawo, daje mu je ustawa, jednak przekreślenie idei konkursu nie było dobre. Pokazało, że w konkursach tak naprawdę nie warto brać udziału. A ostateczna decyzja i tak zapada gdzie indziej.
Tamten konkurs pokazał też jeszcze inną bardzo dziwną rzecz. O stanowisko szefa Muzeum Narodowego w Warszawie, jedno z najbardziej prestiżowych w Polsce, starały się tylko trzy osoby.
Dziś jest podobnie. W konkursie na szefa CSW - naszej największej placówki sztuki współczesnej - startowało tylko pięć osób. Trzy przeszły się do etapu przełuchań. Mało.
Co się dzieje? Dlaczego o takie stanowisko walczy tak mało kandydatów?
Na początku lipca odbywał się konkurs na dyrektora największej krakowskiej galerii sztuki współczesnej Bunkier Sztuki.
Podeszły do niego trzy osoby.
To dziwne. Czy taki konkurs nie powinien wywołać zamieszania w całej Polsce, ściągając więcej gotowych do walki osób? Powinien, ale tak się nie dzieje. Dlaczego? Bo konkursy dyrektorskie w Polsce są tak skonstruowane, że mało kto w ogóle może brać w nich udział. A już na pewno nie ktoś młody i ambitny.
W Krakowie jedną z trzech osób, które się odważyły przystąpić do konkursu, była pracująca w Bunkrze kuratorka Magdalena Ujma. Jednak nie została dopuszczona do etapu przesłuchań, czyli nikt z nią nawet nie porozmawiał. Nie spełniła wymogu przepracowania trzech lat na stanowisku kierowniczym. Choć wcześniej otrzymała od urzędu miasta inną interpretację - że bycie kuratorem wystaw uprawnia do udziału w konkursie.
I tu dochodzimy do sedna problemu.
Praktycznie wychodzi na to, że tylko dyrektor może zostać dyrektorem. Przynajmniej w konkursie.
Dlatego albo na nowo napiszmy regulaminy konkursów, albo nie interpretujmy ich tak literalnie, bo odbieramy szansę wielu znakomitym ludziom. W Polsce jest mało instytucji sztuki, a więc i dyrektorów. Powinny liczyć się możliwości intelektualne, a nie papiery.
Spójrzmy na Toruń, tam właśnie wybrano dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej. Co i tak graniczy z cudem. Dlaczego do konkursu nie stanęli jednak wybitni polscy kuratorzy, których mamy w Polsce wielu, tylko oni jakoś nie chcą brać udziału w konkursach? Podobno dali się zwieść, że to tylko konkurs na dyrektora administracyjnego. Ale myślę, że po prostu przeczytali jego regulamin, m.in. punkt, że o tę prestiżową pozycję może się starać ktoś, kto ma "co najmniej 5-letni staż pracy wynikający z zatrudnienia lub okresów wliczanych do zatrudnienia w zakresie wszystkich uprawnień pracowniczych, w tym 3-letni na stanowiskach kierowniczych lub samodzielnych (tj. jednoosobowych, wyodrębnionych organizacyjnie w strukturze jednostki, podlegających bezpośrednio zarządzającemu daną jednostką), lub wykonywania działalności gospodarczej w zakresie organizowania przedsięwzięć kulturalnych". Uff!
Czy mamy już odpowiedź na pytanie, dlaczego do konkursów zgłasza się tak mało osób?
Nie, bo jest jeszcze inna strona tego zagadnienia i jest to strona najstraszniejsza.
Mało kto w Polsce chce być dyrektorem, bo to po prostu się nie opłaca, bo z takiej historii wychodzi się z siniakami na kolanach i duszy. Bo będąc dyrektorem galerii, jest się kimś, komu ledwo starcza na pensje, a na program już nie. Jedni więc robią wystawy i zaciągają długi, inni kładą program, jeszcze inni zwalniają pracowników i wszyscy gwałtownie siwieją. Ta koszmarna wizja nie odstrasza tylko nielicznych, bo kto z własnej woli pakowałby się w takie piekło?
Źródło: Gazeta Wyborcza