Spektrum ocen wyszło z tego szerokie - od potępienia p. Rokity jako prowokującego awanturnika, do potępienia Lufthansy jako organizacji nastawionej na poniżanie narodu polskiego.
Jest tylko jeden fakt, który przyjąć można jako niezaprzeczalny, że mianowicie p. Rokita krzyczał: "Ratujcie mnie,
Niemcy mnie biją!". Wszyscy słyszeli, a kto nie słyszał, usłyszy niebawem, bo któremuś ze znajomych prędzej czy później odezwie się w kieszeni telefon komórkowy takim właśnie sygnałem wywoławczym.
Na fakcie, że p. Rokita krzyczał to, co krzyczał, nie można budować teorii określających winę którejkolwiek ze stron, wykrzyczany tekst może stanowić jednak podstawę do rozważań, co działo się owego dnia w duszy Jana Marii Rokity (choć pewna bliska mi osoba po usłyszeniu nagrania powiedziała, że od tej chwili będzie o nim myśleć raczej jako o Marii Janie Rokicie).
W momencie gdy (prawdopodobnie) postanowił postawić się załodze samolotu, którą (zapewne) uznał (zapewne słusznie) za niegrzeczną, raczej (jak sadzę) nie miał gotowego planu. To był odruch Jana Marii, który ma swoją godność i nie pozwoli. Ale w miarę, jak konflikt narastał, gdy wmieszał się kapitan, ze swoją godnością, która nie pozwoliła mu na cofnięcie raz wydanego rozkazu opuszczenia samolotu, Jan Maria musiał - a pewnie miał na to sporo czasu - postawić sobie pytanie, co dalej.
Skoro będzie
policja, to zastosuje metody
policyjne. Nie można powiedzieć policji: "Nie wysiądę" i mieć nadzieję, że policja powie: "A, to przepraszamy". Jak się ma się zachować obiekt bezpośredniego stosowania metod
policyjnych? Medialnie rzecz jasna. Według starych sprawdzonych metod. Lepper, kiedy przewidywał, że będzie skuwany, zawsze przebierał się w koszulkę z orłem. Jan Maria postanowił wejść w rolę Polaka, którego ciemiężą odwieczni wrogowie.
Krzycząc: "Ratujcie mnie, biją mnie Niemcy", podkreślał odmienną narodowość ciemiężców, nie licząc zapewne na to, że pasażerowie poderwą się w jego obronie, ale że jako świadkowie zacytują potem te słowa, co ustawi konflikt na właściwej płaszczyźnie. Tak robi rasowy polityk, gdy już musi uczestniczyć w takim incydencie. A że budując swą rolę ofiary, zastosował zbyt bogate i może nie do końca trafione środki aktorskie - dla niektórych stał się Marią Janem.
Tak się złożyło, że wszystkiego, co wiem o zdarzeniu, dowiadywałem się na raty. Pierwsza informacja była lakoniczna: wracającego do domu Jana Rokitę wyprowadzono z samolotu w kajdankach. Noc spędził w areszcie. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że pewnie zadziałała podświadomość. Chciał opóźnić moment powrotu, więc spowodował przetrzymanie w areszcie. Wydawało mi się, że go rozumiem. Ale potem doszła druga informacja, pełniejsza, okazało się, że nie miałem racji, p. Nelli była tam razem z nim, w samolocie.
To mi przypomniało, że nie należy wyciągać pochopnych wniosków.