Leo Kantor od 1968 roku, po wyrzuceniu go z opolskiego uniwersytetu, gdzie był asystentem na polonistyce, mieszka w Sztokholmie. Jest człowiekiem spełnionym. Ma talent skupiania ludzi. Urodzony performer, gawędziarz, świetnie też parodiuje Żydów. W Polsce przed Marcem był, jak sam mówi, macherem od klubów studenckich, znajomym Jonasza Kofty, należał do pokolenia Hybryd i Stodoły
W Sztokholmie stworzył festiwal dokumentalny "Humanity in the World". Przedstawiał tam filmy, które mogły uświadomić Szwedom losy ludzi ze wschodniej Europy. Po wieloletniej przerwie, gdy jego podania o polską wizę "rozpatrywano negatywnie, od 1989 roku Kantor zaczął często bywać w Polsce. Któregoś lata pojechał do Strzegomia - tam, gdzie rosną porzeczki - i zobaczyć dom swego dzieciństwa. I odważył się opowiedzieć swoją historię. Stanął przed polską publicznością z mikrofonem. Za nim na ekranie ukazywały się zdjęcia, a on opowiadał, najprościej, jak się da, o swoim losie: ocalonego syna rosyjskich Żydów, który po wojnie z matką i ojczymem znalazł swoją ojczyznę w poniemieckim Strzegomiu. Z tego autobiograficznego performance'u wyniknął film, który Kantor zrealizował przy pomocy Witolda Adamka
To, co potocznie nazywamy Zagładą, oddziela nas od zwykłych wschodnioeuropejskich losów, które o krok ocierały się o śmierć. Tak było z losem rodziny Kantora uwieńczonym pozornym happy endem. W "Porzeczkach" raz tylko Leo Kantor wykracza poza rodzinny album. Cytuje przez moment słynne ujęcie hitlerowskiego kronikarza - najokrutniejszy film świata zrobiony w Rosji lub na Ukrainie: ludzie ustawieni do egzekucji, malutkie
dziecko, które wyrywa się rozdzielone z matką i biegnie jak drobny punkcik w czarno-białym gruboziarnistym kadrze. "Tak mogło być ze mną - mówi Kantor - gdyby matka nie wsiadła do ostatniego pociągu przed zbombardowaniem dworca w Charkowie". Po ojcu, który poszedł na front, ślad zaginął. Matka poznała polskiego Żyda, obrońcę Warszawy, który uciekł przed Niemcami do Rosji. Dał Leszkowi swoje nazwisko. Po wojnie obrali sobie Strzegom za nową ojczyznę. Ich sąsiadami byli polscy przesiedleńcy ze Wschodu i nieliczni pozostali tam
Niemcy. Wszyscy razem.
W 1968 roku ojciec Kantora nie chciał wyjeżdżać, bo nie chciał rozstawać się ze swoim modlitewnikiem, który jako starodruk zatrzymaliby mu na cle. Ale załatwili tak, że i modlitewnik mógł wyjechać.
Kantor w tym filmie prowadzi nas do Strzegomia jak do raju utraconego. Zaglądamy w okna jego
mieszkania. Za szybą mgli się firanka. Tamta przeszłość staje się na moment naszą własną przeszłością. Jest w tym wrażenie bólu, a zarazem szczęścia powrotu. Dotknięcie niemożliwego.
W tym filmie udało się wejść w europejski dramat wypędzenia od najintymniejszej strony, ale bez ekshibicji. Tak właśnie trzeba dziś o tym mówić - po ludzku, po cichu. Popękane tynki domów w Strzegomiu, tamte bruki, schody tak wiele mają nam do powiedzenia.
Film Leo Kantora zostanie w marcu pokazany w TVP.