Dlaczego
Polska jest taka strasznie brzydka? Oto fundamentalne i rozpaczliwe pytanie, które towarzyszy nam nieustająco, mnie w każdym razie towarzyszy praktycznie codziennie, tym mocniej, intensywniej, w sposób bardziej dojmujący towarzyszy mi, gdy zdarza mi się w Polskę ruszać, względnie do Polski po jakimś pobycie zagranicznym powracać. Jest to coś w rodzaju zderzenia cywilizacji, awaryjnego lądowania na innej planecie, na polskich granicach powinny gości witać wielkie tablice z napisem "Ci, którzy tu wjeżdżacie, porzućcie wszelką nadzieję estetyczną". W sposób bowiem zupełnie niepowtarzalny oraz doprawdy imponujący Polska jawi się jako kraj niebywałego wręcz chaosu, by nie rzec swojsko - bajzlu architektonicznego i przestrzennego, gdzie nic do siebie nie pasuje, wszystko ze sobą koliduje, wszystko się ze wszystkim beztrosko miesza; od oglądania polskich miast plomby wypadają z zębów. Wygląda na to, jakby za chwilę te wszystkie dziwne, pstrokate, jakby z kartonu wycięte budowle, te rozliczne baraki i budowlane pokraki, te pseudogóralskie chaty na mazowieckich nizinach miały się zawalić, że to chwilowa i nietrwała dekoracja do absurdalnego filmu. Tymczasem trwają one w najlepsze, trwają coraz bardziej, a wręcz rozrastają się, pną w górę i rozłażą się w boki, zagarniają coraz więcej przestrzeni.
Wracam do tego dość zgranego tematu, gdyż jestem po lekturze książki Piotra Sarzyńskiego "Wrzask w przestrzeni. Dlaczego w Polsce jest tak brzydko?". Krótka i celna odpowiedź na to nieco naiwne pytanie powinna brzmieć: bo to jest Polska. Sarzyński, opisując koszmar estetyczny naszej rzeczywistości, będąc mężczyzną eleganckim i powściągliwym, ma w sobie jak na mój gust i tak za dużo empatii, zbyt łaskawy jest dla tego, co się tutaj wyprawia, książka o takim tytule nie powinna być nawet wrzaskiem, ale potężnym wulgarnym bluzgiem, ja w każdym razie byłbym zdecydowanie mniej wstrzemięźliwy. Temat jednak jest fundamentalny, zagadka pozornie wydaje się skomplikowana, no bo właściwie dlaczego akurat mamy taki apokaliptycznie katastrofalny gust, osobliwie w zagospodarowaniu przestrzeni właśnie, w architekturze szczególnie. Ja często naprawdę nie umiem wyjść z podziwu nad polską inwencją w przerabianiu wszystkiego na architektonicznego pawia, czasami zaglądam więc na
blog "Koszmary architektury" i wraca mi wiara w polską wolność oraz ową ułańską fantazję; takie potwory wybudować potrafią tylko narody szczególne.
Czemu zatem my, Polacy, mamy taki wręcz epicko fatalny gust? Podług mojego myślenia nie wszystko da się zwalić na komunę i dziki kapitalizm ostatnich dwudziestu lat, inne kraje - nieśmiało przypomnę - też przeszły przez komunę i nowy kapitalizm, bywa tam brzydko gdzieniegdzie, brawurowej szpetoty jednak nie ma.
Zgoda - jak się widzi zachowane z wojennych zniszczeń modernistyczne kwartały miast, to jasne jest, że przed wojną był jakiś ład i porządek, czemu więc po wojnie, a najosobliwiej w ostatnich dwudziestu latach, w realiach wolności, tego "odzyskanego śmietnika", tak nam się udało fantastycznie zeszpecić cały kraj? Ano właśnie dlatego, że kraj ów jest dla nas śmietnikiem, w którym lubimy się wygodnie umościć, obłożyć śmieciami kolorowymi i błyszczącymi, śmietnik - owszem, może być imponujący, piękny raczej nigdy nie będzie. Na śmietniku bowiem toczy się nieustanna walka, by popisać się przed sąsiadem, by do siebie piękniejszą i większą kupę śmieci przygarnąć, nikt się na śmietniku jakimiś przepisami zajmował nie będzie, nawet jak władze ustalą jakieś zasady porządku na wysypisku, to wysypisko śmieci - powiedzmy wyraźnie - nie po to jest, by na nim ład przestrzenny panował.
Pisze Sarzyński - dając rozliczne przykłady - o tym polskim rozmachu w brzydocie, pisze o koszmarnych budowlach i pokracznych pomnikach, za tym wszystkim kryć się ma sarmacka fantazja; skoro Brazylijczycy mają swojego monumentalnego Chrystusa w Rio de Janeiro, to my postawimy sobie w Świebodzinie Chrystusa Króla z siatkobetonu, my sobie Licheń wyfasujemy, my kraj zarzucimy pomnikami naszego Papieża - w całej Polsce jest ich już z górą 650. Pomniki to jest w ogóle osobna sprawa, jak już nie ma miejsca na Papieża, to się stawia ziemniaka, choćby w Biesiekierzu, taki przykład Sarzyński podaje, jakby mało było ziemniaka, tamże powstał pomnik grzyba: "odtworzony w skali 1:1 egzemplarz, który w oryginale ważył 15 kilo". Polski grzyb, wiadomo, krowie spod ogona nie wypadł.
Mam swoją osobistą teorię przyczyn polskiego bajzlu przestrzennego, otóż zdaje mi się, że bajzel przestrzenny bierze się z bajzlu w głowach, my zasadniczo dość intensywny i dynamiczny chaos mamy w naszych umysłach, porządek i umiar w głowie to nie są nasze dyscypliny narodowe. Naród, który tylu powstań dokonał, nie jest predestynowany do tworzenia wokół siebie porządku, ale destrukcji przecież, my jesteśmy stworzeni do rozwalania panującego porządku, a nie do budowania go, porządek to u nas zaborcy budowali, dla wielu z naszych braci nawet niepodległe państwo polskie jest obcą władzą, która nam swój porządek chce narzucić, my ten porządek - z naszą legendarną fantazją niestety - rozpirzymy w drobny mak, ponieważ my do rozpirzania mamy predylekcję. My ten chaos w głowach nazwaliśmy "ułańską fantazją" i jesteśmy z niego dumni, jak nam bajzel w głowach zaczyna zanikać, to wtedy niepokój nam w serca się wkrada.
Tak więc to całe szaleństwo kolorów i kształtów zalewające naszą przestrzeń jest niczym innym jak egzemplifikacją naszej duszy narodowej, bajzel przestrzenny jest naszym naturalnym środowiskiem, innej odpowiedzi na to nie znajduję. W stolicy tego dumnego kraju od dwudziestu lat nie udało się zapełnić immanentnej pustki zionącej na placu Defilad, nie uda się - jestem o tym przekonany - przez następne dziesięciolecia, ponieważ to nas przerasta najzwyczajniej. Och, gdybyśmy naprawdę byli pod jakimiś porządnymi zaborami, toby nam zaborcy to wszystko uporządkowali, zabudowaliby sensownie nawet plac Defilad, niestety aktualne europejskie zabory są, uważam, zdecydowanie zbyt miękkie i powściągliwe.
Ludzie, którzy są dziś bohaterami zbiorowej wyobraźni, powiadam wam, znikną kiedyś bez śladu, wszelkie okropieństwa architektury za to nie znikną, przetrwają wszelkie katastrofy, o jakich Majom się nie śniło. To, co po naszych czasach pozostanie, to niebywały bajzel przestrzenny, no, chyba że wywołamy wreszcie jakieś nowe powstanie, rozpirzymy w szlachetnym zrywie nasze miasta i zbudujemy je od nowa.