Na znak solidarności z najsłynniejszym dziś artystą z Państwa Środka ludzie z Chin i Hongkongu, na co dzień znani z pruderii, zrzucają ubrania. Rozbierają się pojedyncze osoby, pary i całe grupy. Fotografują się i umieszczają swoje nagie zdjęcia w internecie. Niektórzy zamiast listka figowego trzymają maskotkę przedstawiającą artystę-dysydenta.
Odwołują się do jednej z akcji Ai Weiweia, który umieścił w internecie swoje nagie zdjęcie, na którym zasłania sobie genitalia maskotką, która w Chinach symbolizuje cenzurę. Podpis pod zdjęciem można odczytać jako "P... Komitet Centralny".
Ai Weiweiowi, któremu zarzucono oszustwa podatkowe i na którego
policja wciąż szuka nowych haków, grozi oskarżenie o szerzenie pornografii. Jego asystenta przesłuchiwano niedawno w sprawie zdjęcia sprzed roku. Figuruje na nim sam
korpulentny artysta i cztery chińskie modelki, tak jak ich pan Bóg stworzył. Siedzą grzecznie na krzesłach. Tytuł zdjęcia: "Jeden tygrys i osiem piersi".
- Co w tym złego? - spytał asystent. - To obsceniczne - powiedziała policja, tym samym przesądzając o winie Ai Weiweia. Od kiedy nagość równa się pornografii? - replikował artysta, który pół roku od wypuszczenia z aresztu wrócił na Twittera i znów udziela wywiadów. - Jeśli tak jest, to znaczy, że żyjemy nadal w epoce Qingów - dodał. Ta dynastia mandżurska, ostatnia w historii, to w Chinach symbol gnuśnej stagnacji, również w sztuce.
Za Wielkim Murem dysydenci byli do tej pory osamotnieni. Działał strach i stara tradycja, według której ten, kogo władza oskarża, jest winny. Solidaryzowanie się z ofiarą władz to nowość.
Rozbierają się to artyści, intelektualiści i blogerzy, młodzi z wielkich metropolii, w których jest najwięcej swobody. Rządowy "Global Times", który podkreśla, że te akcje nie obchodzą większości Chińczyków, zapewne ma rację. Ale rządzącym nie jest do śmiechu. Państwa totalitarne nie mają poczucia humoru.
A Ai Weiwei prowokuje władze od czterech lat. W roku olimpiady w Pekinie, do której się przyczynił, wymyślając projekt stadionu olimpijskiego, porównał chińskie igrzyska do fałszywego uśmiechu, który ukrywa prawdziwą brzydotę i biedę kraju. Podpadł władzom Syczuanu, bo z grupą ochotników upamiętniał dzieci, które zginęły w czasie
trzęsienia ziemi, pogrzebane pod gruzami tanio zbudowanych szkół.
Uciszyć miał go areszt w marcu tego roku. Odsiedział 81 dni -
Chiny jednak ugięły się pod międzynarodowym naciskiem. Wypuszczono go, zabraniając ujawniania szczegółów aresztowania. On jednak opowiedział wszystko rodzinie, a ta dziennikarzom. Próbowano go zohydzić, zrobić z niego oszusta, bigamistę i pornografa. Ale jego zwolennicy zebrali w mig ponad milion dolarów na kaucję. Nieznajomi wrzucali mu je do ogrodu zawinięte w owoce, robili z pieniędzy samolociki lub wręczali mu je osobiście, choć nad bramą jego
studia zainstalowano
policyjne kamery.
Ostatnio Ai Weiwei na Twitterze podał numery komórek naczelnego redaktora oficjalnej anglojęzycznej gazety "Global Times", która prowadziła na niego nagonkę. Do niego i niektórych dziennikarzy dzwoniły setki osób. Ludzie z "Global Times" skarżą się na naruszenie ich prywatności.
Czy dziś jest przede wszystkim dysydentem, czy wciąż człowiekiem sztuki? W twórczości Ai Weiweia, którego prestiżowy magazyn "Art Review" nazwał "najwybitniejszym współcześnie żyjącym artystą", sztuka i polityka splatają się w jedno. Może być więc i tak, że on i cały chiński system władzy stają się częścią jakiejś globalnej instalacji konceptualnej, jego najnowszego dzieła. Tyle, że tym razem galerią jest internet, a widownią świat.