Mariolka, czyli Igor Kwiatkowski z kabaretu Paranienormalni - osobowość kabaretowa
fot. Bartłomiej Barczyk
W jednej ze scen w czeskich "Guzikowcach" ona i on siedzą przed telewizorem, on, bezrobotny, bierze pilota do ręki, ona mu go wyrywa i mówi: "Nie żywisz, nie przełączasz". Ja przełączam
Ja, jak już się dorwę czasami do polskiej telewizji naszej, to jak bezrobotny do zasiłku. Bo mam jej za mało. Bo snuję się po Europie jak dym z niewygaszonego ogniska. I jak tylko ona gdzieś jest, to biorę pilota do ręki i nie wypuszczam.
***
Dzienniki. Jak Huta Kolorowego Szkła (z amerykańskim zadęciem). I ci korespondenci... Te ich na końcu dosłownie wyjebane w kosmos pytania. W tych relacjach z akcentem retorycznym w postaci komentarza. "Ciekawe, czy..." i coś tam, coś tam. "A może by tak..." i coś tam. "Wypada tylko zapytać, czy..." i coś tam. Takie podkręcone zawadiacko te niby-pytania. Zmyślne, zgryźliwe nawet. Co to u widza wywołać mają efekt spod znaku "No właśnie!". Powiedzmy, że jakiś odpowiedzialny za coś, co się nie udało, prezydent jakiegoś miasta nazywałby się Kula, to korespondent, komentując jego rządy, powie: "Oby tylko efekt działań pana prezydenta nie stał się dla miasta przysłowiową kulą u nogi...".
Ulubionym akcesorium retorycznym jest pytanie: "Pytanie tylko, czy można było tego uniknąć...". Pytają, patrząc w kamerę głęboko tak, że człowiek cofa się razem z fotelem do przedpokoju. No? Można było czy nie? Na przykład w czasie powodzi, przy czym nie chodzi mu na szczęście o deszcz, ale o tej powodzi skutki, wały jakieś tam źle zbudowane. Lub jeśli pacjentowi w szpitalu amputowano złą nerkę, to znaczy dobrą, bo bez raka, zamiast złej, bo z rakiem, i ma teraz tę złą zamiast dobrej, to co? Można było tego uniknąć czy nie? Odpowiedź na takie pytanie zna nawet mikrofon, ale nie, korespondent zapyta. Bo myśli, że wtedy jest korespondentem interwencyjnym. On w ogóle myśli, że jest reżyserem i aktorem w jednym. Ta jego gra głosem, te pauzy, to manifestacyjne akcentowanie. Jak ekshibicjonista. Gdybym rozumiał język migowy, wyłączyłbym głos.
O świecie mało. Świata poza Polską nie ma. Zamiast niego szczególnie w niedzielę jakieś stąd do wieczności trwające reportaże z prowincji. Jakieś małe, lokalne katastrofy, potyczki, kłótnie sąsiedzkie, a wszystko podane jak małe spektakle dramatyczne, ze wstępem, rozwinięciem i finałem. A finał to najczęściej łzy, ulubiony deser dziennikowego menu. Kamera polska lubi polskie łzy.
***
Show. Dużo tak zwanych jaj, tych zamierzonych. Kabaretów dużo. A mnie krępuje, kiedy ktoś wybrał sobie pomysł na życie taki, żeby mnie rozśmieszać. I czyni to w sposób tak demonstracyjny. Męczę się razem z nim, kiedy walczy o to, żeby każdy jego dowcip trafił w tarczę puenty. Głowę prawie odwracam, żeby w przypadku, kiedy strzała leci obok, nie mieli we mnie o jednego widza swojej porażki więcej. Wolę te dowcipy niezamierzone, na przykład gdy w jedynym z teleturniejów pewien wyglądający jak pomnik chłopa chłop na pytanie, kiedy dzieje się akcja filmu Wajdy "Popiół i diament", odpowiada: "W czasie wojen napoleońskich".
Szymon Majewski w porządku. Odświeżający powiew anarchii. Choć nie musi być aż taki brat łata, aż tak swojski i kumpelski. Słaba strona to goście, takie wesołkowate pieprzenie o niczym.
Kuba Wojewódzki w porządku. Choć nie musi być też tak histerycznie dowcipny. Fircyk w zalotach do puenty. Życie na kroplówce z oklasków. No i ci goście. Męczący się pod pręgierzem powiedzenia czegoś mądrego i dowcipnego, w związku z czym ja, widz, a więc też gość, męczę się również. Niech zaprasza do siebie siebie samego, wystarczy, po co mu inni?
Irytująca u obydwu, zresztą nie tylko u nich, w całym show, nawet w "Dzień dobry TVN", jest chorobliwa niemalże inklinacja do aluzji seksualnych. Nie angielskie to, nie kreolskie, ale nasze. Ta seksoidalna konspiracja facetów, ten błysk w oku, ten łobuzerski, porozumiewawczy uśmiech, jeśli pojawi się tylko na horyzoncie słowo dwuznaczne. Żadna deska nie może być "przecięta", żadne drzewo "przerżnięte", żeby nie leciały przy tym od razu wióry z wiadomej dziury.
Mam kłopoty z show. Jakaś u mnie przypadłość w związku ze wszystkim powyższym. Takie na przykład katastrofy ekologiczne, kataklizmy, klęski żywiołowe jakoś mnie, no, prawie że koją. W porównaniu z tym, jak mocno szarpie mi nerwy desperacka jazda na chabecie chronicznego dowcipu i aluzji. Wykończy mnie kiedyś ten stres, który dostarcza mi rozrywka.
***
Reklama. Dużo jej. To nie koniec mojego odkrycia. Dużo tej, która zalęgła się w ciele ludzkim. Prymarnie chodzi o wzdęcie. I parę innych dolegliwości z tej okolicy. Nie ma na świecie telewizji, która w reklamach przypadłości te nazywałaby tak ochoczo po imieniu i z taką częstotliwością. Ostatnio twórcy reklam poszli na całość, jedna z reklam kończy się hasłem: "Polacy mówią stop biegunce!". Jak kiedyś bolszewizmowi.
Jeśliby pokusić się o diagram tych ofensywnych reklam, to byłby to wielki i nadęty brzuch. Kobiecy, bo ta płeć przeważa. Kobieta polska to brzuch, od morza do Tatr. I zad, i owłosione łydki, bo trzeba je depilować. Głowę ma stosunkowo rzadko, a jeśli, to pęka jej ona od bólu.
Jej główna dolegliwość więc to nadmiar gazu w jelitach. Części jego pozbyć się można przy czkaniu, ale ta, która dostanie się do środka, w głąb ciała, sieje tam zgrozę, kobieta polska cierpi w związku z tym, ma wzdęcia. Bóle brzucha ma. Fakt, że kobieta zmienną jest, widać najbardziej jaskrawo w polskiej telewizji. Ona, Polka, jak nie ma wzdęcia, to ma zaparcie. Nie może się wtedy wypróżnić, a jak może, to z bólem, wtedy potrzebuje czegoś na przeczyszczenie.
Matka Polka cierpi i cierpi, jak nie na wzdęcie lub zaparcie, to na biegunkę, wtedy zamienia się w wielki kocioł płynnego lub półpłynnego stolca. A jeśli nie ma, ona, wzdęć lub zaparć, lub biegunki, co zdarza się rzadko, to ma hemoroidy. Jej logo wtedy to poszerzone i nabrzmiałe żyły splotu odbytniczego. Jeśli nie ma wzdęć, zaparć, biegunki lub hemoroidów, co zdarza się jeszcze rzadziej, kobieta ta polska, to ma żylaki, ma je na tych dwóch wystających z niej owłosionych łydkach (do depilacji!). Ona zawsze coś ma.
A jeśli nie ma tego wszystkiego, co wyżej, co zdarza się tak rzadko, że się właściwie nie zdarza, to ma grzybicę, na stopach. W szparach międzypalcowych kobiety polskiej łuszczy się naskórek, ona się drapie, ją swędzi, ona ma świąd.
Co robi w tym czasie mężczyzna polski goszczący na tym ekranie boleści o wiele rzadziej? On ma najczęściej kłopoty w łóżku i musi ratować się tabletkami. Prostatę też ma, to jest, jego wydzielina to mętna, biaława ciecz o zasadowym odczynie i charakterystycznym zapachu.
Do tego zalewu tabletek i kremów na przypadłości, których objawy i konsekwencje wyciągnąłem ze słownika, dołączyła TVP Kultura. Kamera najeżdża na pięty kobiety i powierzchnia kultury w telewizji polskiej pokrywa się suchą, popękaną skorupą...
PS Pomiędzy jednym programem a drugim tomik Bohdana Zadury "Nocne życie" (Biuro Literackie, Wrocław). Takie coś na przykład: "w krótkiej chwili/ po przebudzeniu/ nie wiesz/ gdzie jesteś/ za którymś razem/ tak już może zostać/ na zawsze".
Janusz Rudnicki - pisarz i felietonista. Autor kilku zbiorów opowiadań, m.in. "Śmierci czeskiego psa", która w ubiegłym roku znalazła się w finale nagrody Nike.