O szczegółach pisała "Gazeta". Tobiasz w 2007 r. postanowił na własną rękę udowodnić, że w komisji weryfikującej żołnierzy likwidowanej
WSI jest korupcja. Skontaktował się ze swoim dawnym znajomym - płk. Lichockim, o którym funkcjonariusze WSI mówili, że oferuje "dojścia" w komisji. Kontaktem Lichockiego u weryfikatorów miał być Sumliński, który jako dziennikarz dobrze znał członków komisji. Lichocki z pomagał Sumlińskiemu w jego pracach nad artykułami o tajemnicach służb specjalnych PRL.
Tobiasz nagrywał rozmowy z Lichockim i Sumlińskim. Jesienią 2007 r., zaraz po przegranych przez
PiS wyborach, zawiadomił o zebranym materiale marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego (PO), a ten poinformowal
ABW, która wszczęła śledztwo.
Z opublikowanego w środę komunikatu prokuratury wynika, że śledczy zebrali dowody na to, że Sumliński i Lichocki chcieli od Tobiasza 200 tys. zł. łapówki. Prokuratura nie ujawniła na razie uzasadnienia zarzutów. Jej rzecznik prok. Zbigniew Jaskólski powiedział "Gazecie", że Lichocki przyznał się do winy i chce dobrowolnie poddać się karze 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat. Ma też zapłacić prawie 55 tys. zł. grzywny.
A Sumliński? Dzisiaj nie udało się z nim skontaktować. We wcześniejszych rozmowach nie przyznawał się do winy. Uważa, że padł ofiara prowokacji i zemsty ze strony funkcjonariuszy służb specjalnych PRL. Twierdzi, że jeżeli Lichocki żądał łapówki, to działał za jego plecami. Nie obiecywał też żadnego pośrednictwa Tobiaszowi. Faktem jednak jest, że umówił Tobiasza na nieformalne spotkanie z Leszkiem Pietrzakiem, członkiem komisji weryfikacyjnej. Był z nimi na początku tego spotkania.
Kiedy latem 2008 r. sąd chciał aresztować Sumlińskiego, dziennikarz próbował popełnić samobójstwo podcinając sobie żyły w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Po tym incydencie sąd odstąpił o decyzji o areszcie.