Popularny serial działa lepiej niż reklama. Firmy i instytucje słono płacą za tzw. product placement, czyli umieszczanie marek na planie.
Telewizja publiczna stara się tego unikać (np. zakleja symbole marek samochodów, postacie czytają nieistniejące gazety) i promuje jedynie to, co służy edukacji obywatelskiej, np. dostęp do internetu. Jednak ostatnie tygodnie pokazały, że różnie bywa.
14 stycznia w "Plebanii" (
TVP 1) proboszcz zaprosił siostrę Teklę pracującą w przedszkolu. Opowiadała o bezrobotnym ojcu, który całymi dniami siedzi w domu z trójką dzieci. Na domiar złego pije. Siostra ma pomysł. Najlepsze dla dzieci będzie przedszkole.
Bohaterowie "Plebanii" będą wychwalać zalety przedszkoli jeszcze w 14 odcinkach. Usłyszymy o nich też w dwóch odcinkach "Barw szczęścia" i pięciu "M jak miłość". Rzecznik
MEN Grzegorz Żurawski twierdzi, że w ten sposób resort chce dotrzeć do ludzi na wsiach (odsetek dzieci chodzących tam do przedszkola to tylko 38 proc.). - Pomyśleliśmy, że prędzej niż urzędnikom i przedstawicielom instytucji ludzie uwierzą proboszczowi z "Plebanii" lub Hance Mostowiak z "M jak miłość" - tłumaczy Żurawski.
Za promowanie idei posyłania dzieci do przedszkoli poprzez zakamuflowany przekaz (tzw. idea placement) rząd zapłaci z unijnych pieniędzy. Ciepłe słowo o przedszkolu w jednym odcinku "Plebanii" kosztuje 27 tys. zł, w "M jak miłość" - 48 tys. zł, w dwóch odcinkach "Barw szczęścia" - 60 tys. zł (ceny brutto). Każdy odcinek jest konsultowany z MEN.
Nic za to nie zapłaciła redakcja "Myśli Polskiej" za to, że w ostatni wtorek podczytywał ją na ekranach Lucjan Mostowiak grany przez Witolda Pyrkosza. To tygodnik skrajnie prawicowy. Kiedyś np. "Myśl Polska" poważnie zastanawiała się: "Czy to przypadek, że przeciwnikami kary śmierci są częstokroć pedofile?".
Tytuł trzymanej przez Mostowiaka gazety był wyraźnie widoczny. Potem kamera najechała jeszcze na środkowe strony pisma.
Redakcja "Myśli Polskiej" zareagowała entuzjastycznie na stronie internetowej: "Niezależnie od tego, czy było to świadome, czy przypadkowe, jest dobrą promocją (...). Oznacza to też, że w otoczeniu ekipy nagrywającej serial mamy czytelników, a być może i sympatyków. Czyli także w środowisku filmowców są osoby myślące patriotycznie i zatroskane przyszłością wspólnoty narodowej. Serdecznie ich pozdrawiamy".
- Coś podobnego! Trzymamy się jak najdalej od polityki - komentuje scenarzystka Alina Puchała. Żadnej umowy serial z "Myślą Polską" nie podpisywał. - To pomyłka rekwizytora. Wyciągniemy konsekwencje, bo wyszło tak, jakbyśmy reklamowali markę. A to nieprawda - mówi nam.
Według danych AGB Nielsen Media Research serial "M jak miłość" cieszy się stale ogromną popularnością, np. 25 stycznia obejrzało go ponad 9 mln osób.