Zobacz także komentarz Piotra Rogowskiego:
Wyrok, jaki prowadzić może do autocenzury - To jest matrix - mówi nam mec. Maciej Łuczak, pełnomocnik "Wprost". - Nie uczestniczyliśmy w procesie, nie mamy wyroku. Słyszymy, że sąd w dalekim kraju, stosując standardy dalekie od europejskich kanonów, orzekł sankcje nieznane w naszym systemie prawa. Wydał orzeczenie, o którym dowiedziałem się z internetu, a które może doprowadzić do ekonomicznego unicestwienia podmiotu gospodarczego.
O precedensowym dla polskich mediów rozstrzygnięciu zawiadomiła w czwartek PAP powódka, czyli Cimoszewicz-Harlan. W rozmowie z agencją podkreśliła, że nie domagała się konkretnej kwoty odszkodowania. Określił ją sąd w Chicago w wyroku, który zapadł już w lipcu.
- Pieniądze to tylko potwierdzenie tego, jakiego kalibru oszczerstwa zostały o mnie napisane, i tego, że w normalnym kraju, gdzie jest jakaś odpowiedzialność, za to, co się pisze, takich rzeczy po prostu nie można robić - powiedziała Cimoszewicz-Harlan.
Chodzi m.in. o artykuł "Konspiracja Cimoszewiczów" z 2005 r., w którym tygodnik postawił córce Cimoszewicza i jej rodzinie zarzut rzekomych nadużyć finansowych w związku z zakupem za pośrednictwem ojca akcji PKN Orlen. Chodzi o aferę wywołaną przez Annę Jarucką, byłą społeczną asystentkę Cimoszewicza. Podczas kampanii prezydenckiej 2005 r. oskarżyła ona Cimoszewicza, że w 2002 r. zmienił swoje oświadczenie majątkowe za 2001 r., nakazując wykreślenie zeń akcje Orlenu. Cimoszewicz zrezygnował z kampanii, ale to Jarucka oskarżona została potem o fałszywe oskarżenie (jej proces się jeszcze nie zakończył).
Pozew przeciwko "Wprost" o zniesławienie złożono najpierw w stanie Płn. Karolina, ale został tam odrzucony, gdy okazało się, że w tym stanie sprzedane zostały tylko dwa numery czasopisma z tekstem będącym przedmiotem sporu. "Wprost" wygrało pierwszą batalię kosztem kilkuset tysięcy złotych, które za reprezentowanie tygodnika wzięła amerykańska kancelaria.
Wtedy Małgorzata Cimoszewicz i jej mąż złożyli pozew w sądzie chicagowskim. Czytelnictwo tygodnika w mieście będącym skupiskiem Polonii jest dużo wyższe.
- Co teraz? - pytamy mec. Łuczaka. - Nie znamy tego wyroku, ale by go wyegzekwować, musi być uznany przez polskie sądy. A te sprawdzą m.in., czy w tej sprawie właściwy był sąd amerykański, czy respektowane było nasze prawo jako strony i czy orzeczenie np. co do zasądzonej kwoty nie kłóci ze standardami polskiego porządku prawnego. W Polsce w sprawach o ochronę dóbr osobistych najwyższe zasądzane kwoty sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych.