Rozmowa z prof. Grzegorzem Opolskim, krajowym konsultantem kardiologii Judyta Watoła: Co pan myśli, kiedy słyszy, że powstaje nowa pracownia kardiologii inwazyjnej? Prof. Grzegorz Opolski: Myślę, że to bez sensu, jeśli obok działa już ośrodek kardiologii inwazyjnej. Można zrozumieć, ze względu na czas transportu, kiedy powstaje w mieście, z którego do innej pracowni jest ok. 50 km. Ale kiedy nowa pracownia powstaje w mieście, gdzie jest ich już kilka i wchodzi w system dyżurów, to oczywiście nie zmienia to dostępności do leczenia dla chorych. Zbyt dużo pracowni to spadek liczby wykonywanych zabiegów w każdej z nich, co grozi pogorszeniem ich jakości.
Dziesięć lat temu pracowni mieliśmy kilka razy mniej, wtedy też nie było dobrze. - Mieliśmy o wiele gorszą dostępność do leczenia inwazyjnego zawału serca. Na Śląsku powstała wtedy pierwsza prywatna klinika. Jej twórcy dużo ryzykowali, ale im się udało. Zaraz więc znaleźli się naśladowcy. To zmobilizowało także publiczne szpitale, które zaczęły się starać o otwarcie własnych ośrodków kardiologii inwazyjnej. Poprawił się dostęp chorych do leczenia inwazyjnego zawału serca. Śmiertelność w zawale zmniejszyła się kilkakrotnie. Dziś należymy do czołówki europejskiej. Możemy się cieszyć z tego sukcesu. To, co trzeba poprawić, to skrócić drogę chorego do pracowni. Pracujemy nad tym wspólnie z ratownictwem medycznym. Liczba ośrodków prowadzących całodobowy dyżur jest wystarczająca, aby leczyć wszystkich, którzy tego wymagają.
Należy też pamiętać, że kardiologów, którzy mogą samodzielnie wykonywać zabiegi u chorych z zawałem, mamy niespełna 500. To za mało, by otwierać kolejne ośrodki.
Powtarza pan to od dwóch lat. Podpisują się pod tym konsultanci wojewódzcy, a nowe pracownie i tak powstają. - Nasza rola polega na opiniowaniu. Nie możemy nikomu zabronić tworzenia nowego ośrodka.
Lekarze przedsiębiorcy nie garną się do otwierania oddziałów geriatrycznych, a też są potrzebne. NFZ bardzo mało płaci za leczenie starszych. Gdyby więc Fundusz obniżył stawki za zabiegi u chorych z zawałem, na pewno zmalałby zapał do tworzenia nowych pracowni. - To nie grzech, że te procedury są stosunkowo nieźle wycenione. Pamiętamy jednak, że koszty leczenia tej grupy chorych wzrastają. Leczymy coraz starszych chorych z wieloma chorobami współistniejącymi. Za pieniądze z zawałów można sfinansować leczenie, które NFZ wycenia dużo poniżej kosztów, np. zapalenie wsierdzia, ciężką niewydolność krążenia, usuwanie zainfekowanych elektrod.
Ale prywatne pracownie leczą tylko zawały albo robią równie dobrze wycenione planowe zabiegi u chorych z miażdżycą. Pacjentów z innymi chorobami serca odsyłają do publicznych szpitali. - Tak, spotykamy się z takimi sytuacjami. Dlatego też jesteśmy przygotowani do rozmów z NFZ w sprawie takiej modyfikacji wyceny świadczeń kardiologicznych, aby odzwierciedlały one rzeczywiste koszty leczenia.
Ministerstwo Zdrowia też o tym myśli i zamierza powołać komisję taryfikacyjną, która zajmie się dokładną wyceną świadczeń.
Wiosną zgłosiliśmy do ministerstwa propozycję, aby powstające pracownie nie były zobowiązane do przystępowania do 24-godzinnych dyżurów dla chorych z zawałem. Wtedy nowe pracownie nie mogłyby już liczyć na to, że z kontraktem czy bez dostaną pieniądze na leczenie.