Za rolników składkę zdrowotną opłaca Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego zasilana bezpośrednio z budżetu państwa. Większość ekspertów w dziedzinie ochrony zdrowia twierdzi, że przynajmniej bogaci rolnicy posiadający kilkusethektarowe gospodarstwa powinni opłacać składkę zdrowotną sami. By rząd mógł to zmienić, potrzebna jest jednak zgoda koalicyjnego
PSL, a PO nawet o nią nie zabiega.
Na razie planowana jest więc skromniejsza zmiana dotycząca sposobu naliczania składki za rolników. Teraz naliczana jest ona na podstawie ceny kwintala żyta z tzw. hektara przeliczeniowego. Kłopot w tym, że cena ta zmienia się w ciągu roku. Przykład: w pierwszej wersji planu finansowego
NFZ na 2009 r. zapisano, że z
KRUS wpłynie do Funduszu 4,5 mld zł. W ciągu roku jednak cena kwintala żyta spadła z 55,8 zł do 34,1 zł. Efekt: wpływy do NFZ z KRUS były o pół miliarda niższe od planowanych.
- Chodzi nam o zmianę wskaźnika, jakim jest cena kwintala żyta, na inny, bardziej stabilny. Proponujemy, by takim wskaźnikiem było 9 proc. pensji minimalnej. W skali roku przyniosłoby to funduszowi ok. 1,2 mld zł więcej na leczenie - mówi "Gazecie" wiceminister zdrowia Jakub Szulc. - Projekt został opracowany wspólnie z Ministerstwem Finansów i jesteśmy na ostatniej prostej do przyjęcia go przez rząd, potem zostanie skierowany do Sejmu - dodaje.
- To zmiana w dobrym kierunku. Taka składka za rolników była kompromisem, na który poszliśmy, wprowadzając reformę systemu, ale już dawno należało to zmienić - mówi Anna Knysok, która jako wiceminister zdrowia w rządzie Jerzego Buzka opracowywała przepisy dotyczące składek.
Jeśli parlament szybko zaakceptuje zmiany, NFZ jeszcze w tym roku zyska dodatkowe 500-600 mln zł. To nieco ponad 1 proc. ogólnego budżetu funduszu. Biorąc pod uwagę to, że wpływy ze składek do NFZ już po kwartale są o 590 mln zł wyższe od planowanych (do końca roku nadwyżka ma wynieść ponad 2 mld zł), budżet Funduszu mógłby się zwiększyć w stosunku do planu co najmniej o 3-4 proc.
Jednak nawet jeśli się to uda, NFZ i tak będzie miał za mało pieniędzy, by zwiększyć wszystkie kontrakty na leczenie do poziomu z 2009 r. Kilkuprocentowy wzrost zadowoliłby szpitale, jednak przychodnie specjalistyczne mają kontrakty niższe średnio o jedną dziesiątą, pracownie diagnostyczne (tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny) o jedną piątą, a dentyści - nawet o jedną trzecią.
Kolejki pacjentów czekających na wizytę czy badanie nieprędko się więc skrócą. Czy w takim razie nie warto zwiększyć składki zdrowotnej z 9 do 10 proc. podatku od pensji?
- Na pewno nie dojdzie do tego w 2011 r. - odpowiada wiceminister Szulc. - Podniesienie składki o 1 punkt może zwiększyć pulę pieniędzy na leczenie o blisko 5 mld zł, ale nie ma nic za darmo. Jeśli ten 1 proc. odejmiemy od podatków, jakie są odprowadzane z naszych pensji do budżetu państwa, jego wpływy będą mniejsze, a wiadomo, że sytuacja budżetu jest bardzo trudna. Jeśli natomiast zapłacimy większą składkę z własnej kieszeni - zmniejszą się nasze dochody. Wtedy spadnie konsumpcja, czyli to, co dziś trzyma naszą gospodarkę.