http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak ratuje pogotowie

Judyta Watoła
2010-02-23, ostatnia aktualizacja 2010-02-23 13:04

Fot. Wojciech Olkusnik / Agencja Gazeta

Pacjenci z udarem mózgu - jak zawałowcy - też zamiast do specjalistycznych ośrodków zawożeni są do przypadkowych szpitali - alarmują neurolodzy. Choremu w ciągu trzech godzin trzeba podać lek. Udaje się to tylko w kilku procentach przypadków

ZOBACZ TAKŻE
Wczoraj napisaliśmy, że aż 4 godz. i 15 min mija średnio, zanim chory z zawałem otrzyma fachową pomoc. Udrożnienie zatkanej tętnicy - tzw. balonikowanie - wykonuje w Polsce ponad sto dyżurujących całą dobę specjalistycznych ośrodków kardiologicznych. Ale pogotowie wozi pacjentów do zwykłych szpitali miejskich. Tam czekają w tłoku, aż zbada ich lekarz i... wezwie kolejną karetkę, by zabrała zawałowca na zabieg. Chorzy tracą cenny czas. Balonikowanie zrobione w ciągu dwóch godzin daje szansę, że serce wyjdzie z zawału bez szwanku. Po czterech godzinach mięsień serca zasilany przez zatkaną tętnicę może obumrzeć nawet w 50 proc.

Wczoraj podaliśmy przykłady pacjentów ze Śląska. - Zapadła decyzja o skontrolowaniu opisanych przez "Gazetę" przypadków - poinformował rzecznik Ministerstwa Zdrowia Piotr Olechno.

Jednak ten sam problem dotyczy pacjentów z udarem mózgu. Ich także pogotowie wozi do miejskich szpitali zamiast wprost na oddziały udarowe. Ale ci chorzy mają jeszcze mniej czasu.

Do udaru dochodzi, gdy pęka tętnica, powodując krwotok, lub gdy tętnica mózgowa się zatyka. Obszar zaopatrywany przez nią w krew obumiera (jak w zawale, dlatego ten rodzaj udaru lekarze nazywają też zawałem mózgu). Skutkiem bywa często paraliż.

Jeśli pacjent do trzech godzin od wystąpienia objawów dotrze na specjalistyczny oddział, lekarze mogą zastosować tzw. leczenie trombolityczne. Polega ono na podaniu leku rozpuszczającego zakrzep, co ogranicza ryzyko martwicy. Neurolodzy spierają się, czy po upływie trzech godzin podanie leku ma jeszcze sens. Na razie sprawę rozstrzyga NFZ - płaci tylko za podanie go do trzech godzin. By podać choremu lek, potrzebny jest pododdział lub oddział udarowy z aparaturą monitorującą funkcje życiowe. Takich punktów jest już w Polsce około stu, ale na ogół pacjenci dowożeni są tam za późno.

- Niedawno przywieziono nam chorego z południowej dzielnicy miasta. My jesteśmy w części północnej. Po drodze w centrum Zabrza karetka mijała klinikę neurologii z oddziałem udarowym. Pytam więc, po co u licha w ogóle wieziono go do nas? Czy po to tylko, żeby przez kilka godzin czekał w izbie przyjęć na karetkę specjalistyczną, która zawiezie go z powrotem do kliniki w centrum? - pyta Jan Węgrzyn, dyrektor Szpitala Miejskiego w Zabrzu. I tłumaczy, że za wezwanie karetki przez szpital pogotowie dostaje dodatkowe pieniądze. Wezwania od pacjentów nie są dla pogotowia płatne ekstra - obejmuje je roczny kontrakt. Pogotowiu opłaca się więc pozostawienie pacjenta w miejskim szpitalu.

- To niedopuszczalne. Dotychczas podobne problemy sygnalizowali nam lekarze z małych miejscowości. Okazywało się, że jeśli oddział udarowy jest w innym powiecie, to pogotowie nie chce tam jechać, bo uznaje, że to za drogo. Nie sądziłam, że do takich wypadków może dochodzić także w dużych miastach - mówi prof. Danuta Ryglewicz z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, krajowy konsultant w dziedzinie neurologii.

Neurolodzy nie mają tak dokładnego rejestru udarów jak kardiolodzy. Nie wiadomo więc, z jakim średnim opóźnieniem polscy pacjenci otrzymują specjalistyczną pomoc. Specjaliści, z którymi rozmawialiśmy, mówią, że lek udaje się podać zaledwie kilku procentom pacjentów.

- Rocznie przyjmujemy 600-700 chorych z udarem mózgu, ale leki rozpuszczające zakrzep podaje się tylko 2 proc. Reszta pacjentów dociera do nas zbyt późno - mówi prof. Hubert Kwieciński, kierownik Kliniki Neurologii w szpitalu na Banacha w Warszawie. - Winna jest zła organizacja pracy niektórych stacji pogotowia, czasami korki.

Prof. Kwieciński dodaje, że w Wielkiej Brytanii też tylko 2 proc. pacjentów z udarem otrzymuje lek rozpuszczający zakrzep, ale powód jest inny - dramatycznie brakuje im specjalistów. A w tak rozległym kraju jak USA średnia podania leku dochodzi do 10 proc.

We wczorajszej "Gazecie" eksperci apelowali o wprowadzenie zmian w ustawie o ratownictwie medycznym. Chcą, by zniknął zapis o zawożeniu chorego do najbliższego szpitala. Jednak Ministerstwo Zdrowia uważa, że w prawie nie ma błędu. - Naszym zdaniem zgodnie z ustawą o ratownictwie medycznym chorzy z udarem i zawałem serca powinni być zawożeni przez pogotowie prosto do specjalistycznych ośrodków oferujących im najbardziej skuteczną pomoc - mówi rzecznik Olechno.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':