Rząd chce kupić laptopy dla pierwszaków z podstawówek. Według projektu Ministerstwa Infrastruktury pójdzie na to miliard złotych z koncesji, za które płacą telefonie cyfrowe. Laptopy ma dostać pięć kolejnych roczników.
Resort infrastruktury chce w ten sposób przeciwdziałać wykluczeniu cyfrowemu. Pomysł rządu opisaliśmy w poniedziałek, od razu wywołał kontrowersje - przeciwnicy podkreślają, że ponad 90 proc. uczniów w Polsce ma w domach komputery, większość z dostępem do internetu.
Rozmowa z Agatą Wilam założycielką Uniwersytetu Dzieci, który edukuje uczniów podstawówek, czym jest internet i jak z niego korzystać Czy pierwszaków z podstawówki trzeba uczyć internetu i komputera? Przecież radzą sobie z nowymi technologiami intuicyjnie. Właśnie dlatego, że tak łatwo sobie radzą z nowymi technologiami, trzeba ich tego uczyć. Pierwszakom internet nie jest jeszcze niezbędny. Ale będzie, kiedy dorosną. A intuicyjnie zdobyta umiejętność powoduje, że traktują komputery przede wszystkim jak zabawkę - bawią się grami po kilka godzin dziennie; kiedy podrastają - głównie czatują.
Rodzice w tej sprawie nie są niewinni. Korzystają z internetu na wiele sposobów: używają go w pracy, szukają tam informacji bieżących, robią zakupy, oglądają filmy, komunikują się z przyjaciółmi. Dzieciom jednak mówią: możesz używać komputera tylko trzy godziny dziennie. W ten sposób dają sygnał - oto zakazany cukierek, zabawka. Potem mają do nich pretensje, że tylko
gry ich interesują.
Jeśli chcemy, żeby
dzieci korzystały z technologii w edukacji, a jako dorośli - w życiu codziennym, musimy ich tego nauczyć.
Uczyć ich tego z komputerem w pierwszej klasie? - A czy chcemy posadzić dzieci przed laptopami, w ławkach na parę godzin dziennie? Lepiej nie. Uniwersytet Dzieci prowadzi warsztaty o internecie dla drugo- i trzecioklasistów - na początku w ogóle nie używamy komputerów. Uczmy dzieci, co to jest sieć np. podczas zabawy z nitką: rzucają do siebie kolejno motek, trzymają każdy swój koniec w ręku i obserwują, jak powoli oplata je sieć. Tak działa internet - dowiadują się.
Prosta zabawa w głuchy telefon pozwala nam wytłumaczyć różnice w obiegu informacji: dawniej był wolniejszy i mniej dokładny, teraz - błyskawiczny i precyzyjny, właśnie dzięki internetowi.
To dzięki internetowi każdy może być autorem. I mamy dostęp do tak dużej ilości wiedzy, o jakiej wcześniej nie mogliśmy marzyć - nie wychodząc z domu, możemy czytać książki i załatwić mnóstwo życiowych spraw. Trzeba dzieciom pokazać, że internet to sposób wymiany informacji, ale też jej specyficzna organizacja. Muszą wiedzieć, jak wyłowić informację.
Szkoła tego wymaga, ale nie uczy... - Właśnie. Szkoła w epoce internetu ciągle jeszcze działa w sposób zbyt tradycyjny: uczeń dostaje już wyselekcjonowany przekaz od nauczycieli, a ci swoje wykłady najczęściej opierają na podręcznikach, gdzie też wiedza jest już wyselekcjonowana.
A internet jest tego przeciwieństwem - jest w nim wiele informacji, bardzo różnej wagi. Skąd uczeń ma wiedzieć, jak rozpoznać ważne od nieważnego? Sprawa dotyczy również 6-latków. Nawet jeśli nie surfują w sieci samodzielnie, to większość ludzi, którzy ich otaczają, oraz sytuacje dookoła nich są z internetem związane: wszyscy korzystają z komórek, w domach są komputery, nadmiar informacji dochodzi do nich z
radia i telewizji.
Tymczasem uczenie internetu jest równie istotne i tak samo zaniedbane jak edukacja seksualna. Wszyscy albo prawie wszyscy mają z tym do czynienia. Ale wiedzę czerpie się od rówieśników.
Pomoże kupowanie laptopów dla każdego ucznia? - Nie umiem odpowiedzieć wprost na to pytanie. Z projektu rządowego nie wynika właściwie, czy to komputery do domów, czy dla szkoły. Jeśli do domów, to czy ktoś sprawdził, czy dzieci mają już komputery - czy nie? Jeśli to prawda, że tylko kilkanaście procent nie ma sprzętu, po co wydawać gigantyczne publiczne pieniądze dla pozostałych? Jeśli dla szkoły - to czy mamy pewność, że nauczyciele sobie z tym poradzą? Gdyby nagle rząd wpadł na pomysł, że każdy ma prowadzić lekcje po angielsku, choć wiadomo, że nie każdy nauczyciel zna ten język, to czy ustawowy nakaz zapewniłby sukces edukacyjny? Na razie mam więcej pytań niż odpowiedzi. Czemu nie zrobić najpierw jakiegoś poważnego pilotażu, zamiast od razu hurtem rozdawać laptopy?