Tego nie wiem. Rząd im dziś ją przyznaje, odkładając reformę o kolejne dwa lata. Tylko na jakiej podstawie? Ile szkół jest niegotowych? W którym regionie jest najgorzej? I co to w ogóle znaczy, że
szkoła jest gotowa albo nie - brakuje tylko kolorowego dywanika czy nie ma klas dla sześciolatków? Dlaczego jeszcze miesiąc temu premier Tusk uważał, że wystarczy rok na przygotowanie szkół, a teraz minister Szumilas ogłasza, że potrzeba aż dwóch lat? Na te pytania nie znam odpowiedzi. Wiem tylko, że np. w Gdyni 50 proc., w
Bydgoszczy 17 proc. a w
Częstochowie 10 proc. sześciolatków poszło do pierwszych klas. Dlaczego tak jest? Nie wiem, bo w ciągu trzech lat reformy nie powstał żaden raport. Te dane nie rokują, że w ciągu następnych dwóch lat
rodzice radykalnie zmienią zdanie. A w 2014 r. w pierwszej klasie spotka się podwojony rocznik - jeszcze większy, niż gdyby to było w 2012 r.! Do tego samorządy będą sobie musiały poradzić z tym, że - zgodnie z reformą - wszedł obowiązek przedszkolny dla pięciolatków. Jak upchnąć te
dzieci w zerówkach? Jak rodzice mają planować życie rodziny? Jaką mają gwarancję, że za miesiąc parlament nie odłoży tej reformy o kolejny rok albo dłużej? Czy przesądzają o tym racjonalne kalkulacje, czy samopoczucie polityków? Chciałabym usłyszeć odpowiedzi.