W Warszawie z list PO wystartuje do rady miasta znana aktorka Anna Nehrebecka. W kampanii prezydenckiej była w komitecie honorowym Bronisława Komorowskiego. Zapisała się też do Platformy.
- Od wielu lat interesowałam się polityką. Należałam kiedyś do Unii Wolności, więc PO, którą uważam za kontynuatorkę tamtych idei, była dla mnie naturalnym wyborem - mówi "Gazecie" Nehrebecka. - Życie nie polega na tym, żeby siedzieć i mądrzyć się, tylko żeby coś zrobić dla ludzi. Dlatego zdecydowałam się startować do rady miasta - dodaje.
Politycy z PO i
SLD przyznają, że w całym kraju zgłasza się więcej kobiet chętnych do startu w wyborach samorządowych niż przed wyborami w 2006 roku. Wtedy na listach wszystkich partii i komitetów było niespełna 29 proc. kobiet. Dziś w samej Warszawie - na listach PO do rady miasta i rad dzielnicowych - jest od 40 do 60 proc. kobiet (w poprzednich wyborach do rady miasta kandydowało tu zaledwie 31 proc. kobiet).
- Gdy cztery lata temu układaliśmy listy do wyborów samorządowych, w ogóle nie było tematu kobiet - mówi posłanka Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO). Przyznaje, że organizowany w Polsce od dwóch lat Kongres Kobiet sprawił, że tego tematu nie można pominąć. I choć większość PO niechętnie odnosi się do głównego postulatu Kongresu - wprowadzenia 50-proc. parytetu dla kobiet na listach - to Platforma już w wyborach samorządowych wprowadza wewnętrzne regulacje zapewniające kobietom co najmniej 30-proc. kwoty.
- Wprowadzamy też zasadę, że jedna kobieta ma być w pierwszej trójce i dwie w pierwszej piątce - mówi Kozłowska-Rajewicz.
Małgorzata Kidawa-Błońska, wiceprzewodnicząca klubu PO i szefowa warszawskiej Platformy, dodaje, że kobiety chętniej kandydują do samorządów niż do parlamentu. - Oprócz pracy zawodowej kobiety mają też obowiązki domowe, dlatego łatwiej im pracować w samorządach niż w Sejmie czy Senacie, co wiązałoby się z wyjazdem z domu - mówi "Gazecie" Kidawa-Błońska.
Również SLD, które nie przestrzegało dotąd zapisanej w partyjnym statucie 30-proc. kwoty dla kobiet, chce oddać kobietom 40 proc. miejsc na listach do samorządów.
- Kongres Kobiet sprawił, że kobiety bardzo się aktywizują - mówi Tomasz Kalita, rzecznik SLD. - Do działającego u nas Forum Równych Szans i Praw Kobiet zgłasza się wiele pań chętnych, żeby startować do rad gmin czy sejmików wojewódzkich. W partii jest nacisk na to, żeby jak najwięcej kobiet było na listach. Część miejsc oddamy też Partii Kobiet - deklaruje Kalita.
Kazimiera Jakubowska, szefowa Forum Równych Szans i Praw Kobiet, mówi, że do SLD zgłaszają się kobiety biznesu, działaczki organizacji pozarządowych.
- Kongres Kobiet zmienił mentalność Polaków, nie tylko mężczyzn, ale też samych kobiet. Uwierzyły, że muszą być w gremiach decyzyjnych, bo w przeciwnym razie nikt nie zajmie się ich sprawami - mówi Jakubowska. - Dla kobiet, które pierwszy raz startują w wyborach, organizujemy szkolenia z wiedzy o samorządzie, o tym, jak robić kampanię.
Nawet przeciwne parytetom
PiS przyznaje, że na listach w listopadowych wyborach będzie więcej kobiet niż cztery lata temu.
- Na 50 kandydatów do rady miejskiej w Legnicy mieliśmy w poprzednich wyborach dziewięć kandydatek. W tym roku będzie ich 16. Podobna tendencja jest też w innych miastach. Kobiety awansują dzięki kompetencjom i aktywności - mówi "Gazecie" wiceprezes PiS Adam Lipiński.
Tylko
PSL ma problem z kobietami. - Chcielibyśmy, żeby 40 proc. miejsc na listach zajęły kobiety. Ale one chciałyby mieć żłobki, tyle że nie chce im się ich budować. I nie chcą startować do samorządów - mówi szef klubu ludowców Stanisław Żelichowski. - W moim okręgu na pięć jedynek na listach, trzy chciałem oddać kobietom, a dwie mężczyznom. Ale będę musiał zrobić odwrotnie, bo jedna z pań się wycofała - dodaje rozżalony.
Politolog dr Jarosław Flis zwraca uwagę, że ważne jest, z jakich miejsc kandydują kobiety. - Każda z czterech liczących się partii wystawia w wyborach samorządowych podwójną liczbę kandydatów. Zaledwie jeden na ośmiu dostaje mandat. A jeśli w okręgu jest silny komitet lokalny, to nawet jeden na dziesięciu. Jeśli kobiety są na dalszych miejscach na liście, nie mają szansy wejść do samorządu - mówi Jarosław Flis. Dodaje, że po analizie list z ostatnich wyborów zauważył pewną prawidłowość - im więcej pustych miejsc na listach, tym więcej kobiet. - Wszędzie tam, gdzie chętnych jest więcej niż miejsc, mężczyźni wygrywają z kobietami. Potwierdza to zasadę, że nasza polityka ciągle jest postrzegana jako boks, a nie jako balet - mówi Flis.
Ale Małgorzata Kidawa-Błońska zaprzecza takiej tezie. - Mężczyźni zrozumieli, że z kobietami dobrze się pracuje, potrafią podejmować decyzje. Na 27 radnych PO w Radzie Warszawy jest aż 17 kobiet - podkreśla wiceszefowa klubu Platformy.