Borusewicz stwierdził, że "jeden z tabloidów" opublikował materiały, "jakby realizując zamówienie szantażystek". Marszałek nie w pełni zgodził się ze słowami premiera Donalda Tuska, że kariera polityczna senatora Krzysztofa Piesiewicza jest złamana. Użył słowa "nadszarpnięta". Jego zdaniem premier, oceniając sytuację senatora, oparł się na materiałach ze śledztwa, które były zeznaniami osób uczestniczących w szantażu. Wyraził nadzieję, że senator przedstawi swoją wersję wydarzeń. Ocenił jednak, że Piesiewicz, ulegając początkowo szantażystom, "popełnił podstawowy błąd".
W środę senatorowie nie zgodzili się na rozpatrzenie wniosku o uchylenie immunitetu skierowanego przez samego Piesiewicza, bowiem ich zdaniem może on być "obarczony wadą prawną" - np. być wynikiem szantażu. Prokuratura zarzuciła senatorowi posiadanie narkotyków i nakłanianie do ich zażywania. Dowodem jest film, na którym senator przebrany w damską sukienkę wciąga biały proszek znajdujący się na stole.
Wicemarszałek Senatu
Zbigniew Romaszewski jest zdania, że Piesiewicz jest zaszczuwany i jest nie sprawcą, ale ofiarą przestępstwa. Według nieoficjalnej wersji wydarzeń kobieta, którą w czerwcu poznał Piesiewicz pozostający w separacji z żoną, sama usiłowała przez kilka miesięcy z nim się skontaktować, a we wrześniu 2008 r. przyszła do niego z koleżanką. Szantażystki twierdzą, że senator sam ubrał się w sukienkę i umalował, a następnie wciągał narkotyki. On - że stracił świadomość po pierwszym kieliszku wina. Twierdził, że kobiety przebywały u niego ponad godzinę (tymczasem zapis filmu trwa kilka godzin).
Potem przez rok senator był szantażowany (szajka, której członkami były kobiety i dwóch mężczyzn, łącznie wyciągnęła od niego około 500 tys. zł).