Wszyscy w tę grę gramy. Platforma - co oczywiste.
PiS i
SLD - bo nie mają pomysłu, jak przebić prawyborczy bestseller. I media - bo mamy temat marzenie każdego tabloidu: prosty konflikt między celebrytami w dodatku uszlachetniony poważnym kontekstem wyborów prezydenckich.
Trudno się dziwić, że nas ta gra wciągnęła. Bo stawka nie jest błaha. Polski prezydent niewiele wprawdzie może zrobić dla nas dobrego, ale może zrobić bardzo wiele złego. Więc obserwujemy obu kandydatów. Zastanawiamy się, który z nich może nam bardziej zaszkodzić. Przyznaję, że dzięki prawyborom mój pogląd w tej sprawie się systematycznie umacnia. To jest ewidentny pożytek.
Jako przedsmak prawdziwych wyborów nie jest to jednak bardzo obiecujące. Bo większość (i to zdecydowaną) kampanii mamy już za sobą, a bardzo mało udało nam się dowiedzieć o merytorycznych zamiarach kandydatów. A w każdym razie nie dowiedzieliśmy się o żadnych istotnych merytorycznie różnicach między nimi. I bardzo wątpię, żebyśmy te różnice - jeżeli istnieją - poznali. Bo każdy z kandydatów nie tylko chce wygrać, ale też chce mieć dokąd wracać, gdyby przegrał.
Polska to nie
Ameryka. W Ameryce prawybory są nie tylko konkursem piękności (osobowości, wizerunków, elokwencji), lecz także rywalizacją programów. Ostatnio (mamy to jeszcze dość świeżo w pamięci) oba wielkie obozy - republikański i demokratyczny - wewnętrznie podzieliły poglądy na wojnę, kryzys, reformę służby zdrowia, rynków finansowych, systemu podatkowego, strategii międzynarodowej. Wyborcy obu partii wybierali nie tylko kandydatów, ale też ich programy. Prawybory decydowały o tym, który z nich będzie programem partii. My takiej szansy nie mamy i mieć nie możemy. Nie tylko dlatego, że PO nie chce nam takiej szansy stworzyć, ale dlatego, że taka jest natura naszego systemu politycznego.
W Ameryce politycy tworzą wielkie partie. W Polsce to wielkie partie tworzą polityków. Bez wielkiej partii i jej aparatu nawet wybitny polityk jest politycznie nikim. Przykładów mamy bez liku. Od Olechowskiego po Dorna. Dlatego żaden z kandydatów PO nie zaryzykuje ujawnienia swoich programowych opcji. Zwłaszcza jeżeli mogłoby go to postawić poza głównym nurtem partii. Bo to partia definiuje program. Konkretnie jej szef - w tym przypadku premier, a gdzie indziej prezes.
Kto tego nie zaakceptuje, ten się marginalizuje.
To sprawia, że z punktu widzenia interesów publicznych prawyborcza debata nie ma wielkiego sensu. W każdym razie nie ma sensu merytorycznego, bo jako widowisko przyciągające uwagę publiczności może być atrakcyjna. Ale nic ponadto.