Na domiar złego, poprzednicy zostawili Bieńkowskiej dwa trupy w szafie. Po pierwsze, nasze prawo o inwestycjach i środowisku było niezgodne z przepisami unijnymi - i Bruksela zaczynała przebąkiwać o wstrzymaniu płatności. Po drugie, na liście inwestycji kluczowych - które dotację dostają bez konkursu - znalazły się projekty nieprzygotowane do realizacji. Oznaczało to zamrożenie unijnych pieniędzy na długie lata, a nawet ich utratę.
Gdy Bieńkowska listę przetrzepała i przeforsowała nowe prawo środowiskowe (z ministrem środowiska Maciejem Nowickim), w całym kraju było słychać krzyki protestu. Krytyka osiągnęła apogeum na początku 2009 r., gdy
PiS oskarżył Bieńkowską, że zbyt wolno wydaje unijne pieniądze.
Na pozór statystyki nie wyglądały imponująco. Do końca lutego br. wydano 1,5 mld zł, a plan na cały rok przewidywał 16,8 mld zł. Ale Bieńkowska tłumaczyła: wydawanie pieniędzy rusza jak pociąg - powoli. I potrzeba miesięcy, nim wprowadzone przez nią reformy, np. zaliczki na poczet dotacji, zadziałają.
Nie myliła się. W drugim półroczu ruszyła lawina. Do 8 listopada wydano ponad 12 mld zł, brakujące 4,8 mld zł bez kłopotu uda się wydać do końca roku.
W całym kraju przedsiębiorcy, rolnicy, samorządy i organizacje pozarządowe rzucili się po dotacje, stojąc niekiedy w całonocnych kolejkach. Już dziś ministerstwo ostrzega, że niektóre części funduszy strukturalnych mogą wyczerpać się już w 2011 r. Sukces potwierdziła Bruksela: na początku listopada ogłosiła, że w Polska stała się unijnym liderem w wydawaniu pieniędzy.
Mimo trudnego startu skromna blondynka ze Śląska okazała się jednym z najmocniejszych punktów rządu.
ocena
5
Ocena rok temu: 4-