Donald Tusk sam już dwa lata temu mówił "Gazecie", że Kamiński "zdyskwalifikował się jako szef CBA" i że CBA stało się "zbrojnym ramieniem"
PiS.
Niestety, od upadku tzw. IV RP, po "aferze gruntowej", po akcji "Mengele", po sprawie dr. G., po Beacie Sawickiej premier tolerował nielojalnego wobec państwa PiS-owskiego radykała - jako szefa wszechwładnej służby. Dziś cenę płaci rząd, Platforma i on sam. To cena polityczna.
Ale wyższą cenę płaci państwo. Każdy dzień urzędowania Mariusza Kamińskiego to zgoda na deprawację państwa. CBA, zamiast ścigać łapówkarzy, zastawia sidła na premiera, podsłuchuje jego urzędników, a nagrania przeciekają do zaufanych mediów.
W zdeprawowanym państwie słowa tracą znaczenie. Wszystko może być "aferą". Pojęcie "tajne - spec. znaczenia" jest jawną kpiną. "Przeciek" to norma - nikogo nie dziwi. Niektóre media to dla CBA jawni i świadomi współpracownicy służb specjalnych. To też już nikogo nie dziwi. "Media dotarły" znaczy dostały od służb.
Podsłuchiwać można każdego i wszędzie. Działania CBA wpisują się w PiS-owski scenariusz obalania rządu. "Gazeta" już w piątek rano dowiedziała się z kręgów PiS, "że na weekend coś się szykuje".
Atak trzeba zorkiestrować tak, by odzyskane przez koalicję PiS-
SLD media publiczne przez dwa dni mówiły o "aferze".
Jak długo mamy żyć w państwie, które utrwala patologie czasów PiS?