Premier Tusk zaskoczył swoją decyzją o niekandydowaniu. Głowa państwa, splendory, czerwone dywany i inne złocenia, pomszczenie przegranej z Lechem Kaczyńskim z 2005 r., mniej spalająca praca prezydenta - te wszystkie składniki powinny polityka zanęcić do startu w kampanii prezydenckiej. Do zdobycia najbardziej cenionego trofeum.
Jego rezygnacja jest tym bardziej zaskakująca, że szanse na wygraną miał duże, nawet gdyby komisja hazardowa przesłuchiwała go przez całą kampanię. Wygląda na to, że premier da sobie z nią radę. Za Tuskiem przemawia to, że jego rząd,
Ministerstwo Finansów nie ustąpiły przed żądaniami branży hazardowej. Bez względu na to jak ostatecznie wypadną inni politycy PO przed komisją, Tuska ona nie zarysuje.
Jest też mało prawdopodobne, aby komisja chapsnęła premiera w sprawie przecieku, bo po wizycie szefa CBA Tusk musiał się interesować losem ustawy hazardowej. Musiał oczekiwać dokumentów. Kto to zauważył i jaki ze sprawy zrobił użytek - kto to wie?
Dlaczego więc premier zrezygnował z prezydentury? Dlaczego wolał zostać do końca kadencji, czyli jeszcze na około roku - półtora premierem?
Może widzi, że w Polsce w polityce wewnętrznej prezydent ma jedną praktycznie kompetencję - może publicznie pogadać. Przemówić do narodu i w ten sposób "rozprasować" jakieś problemy. Tchnąć otuchę. Dać w kość. A premier?
Tusk i minister Rostowski osiągnęli wielkie zwycięstwo. Wzrost polskiej gospodarki w czasach, gdy inne europejskie gospodarki padały. Tyle razy to zwycięstwo nie było w Polsce doceniane. Prezydent wątpił w nasz sukces. Oznajmił, że jeszcze musi pewne liczby sobie przeliczyć. Ekonomiści i inni politycy twierdzili, że to ani zasługa Polski, ani polskiego rządu. Że to efekt "jazdy na gapę", czyli wykorzystania przez Polskę pieniędzy, które inne państwa podsypywały do swoich gasnących gospodarek.
Tusk i Rostowski wiedzą, że to ich zasługa. - Nie ukrywam, że mój rząd ma sposoby, zademonstrowaliśmy je w ostatnich dwóch latach, aby tę dobrą tendencję wzmocnić - powiedział wczoraj premier. I woli to robić, niż mieszkać w Pałacu.
Te dwa lata widać uprzytomniły premierowi, że konstytucja zrobiła go rzeczywistym władcą. Właściwie nieusuwalnym kanclerzem. Tak naprawdę konstytucja wymaga od kanclerza jednej cechy - zdolności do kompromisu z przeciwnikami politycznymi. Jeśli kanclerz to umie, niestraszne mu weto prezydenta. Bo pozyskując niespełna pięćdziesiątkę posłów opozycji, może to weto obalić.
Kanclerz Tusk, aby zrobić to, co chce, czyli nadać tempo polskiemu rozwojowi, musi trzymać twardą ręką swoją partię. Na razie pozostaje mu modlić się, aby któryś z kolegów nie wdał się w jakieś krzywe lobbingi. Ale przed wyborami parlamentarnymi musi Platformę przetrzepać tak, aby go więcej jego ludzie nie ciągnęli przed komisje śledcze. To może zrobić, gdy pozostanie premierem i szefem Platformy.
Ma więc premier dwa poletka do uprawy: Platformę i polską gospodarkę. Z gospodarką może mu pójść łatwiej - już niedługo w Pałacu może zasiąść prezydent bliski Tuskowi. Który mu niczego nie zawetuje, nie skieruje do Trybunału, nie opóźni. I może PO będzie pierwszą partią III RP, która kolejno dwa razy będzie miała władzę. Pełnię władzy. O ile Platforma Tuska nie zatopi.