- Nie można negować tego, co wyraża opinia publiczna, mówiąc, że jest przyzwyczajona do wyborów bezpośrednich - powiedział wczoraj w Radiu TOK FM szef doradców premiera minister Michał Boni.
Zarysy reformy ustrojowej przedstawił w listopadzie
Donald Tusk podczas obchodów dwulecia rządu. Mówił wówczas, że obecny pat między prezydentem a premierem należy zakończyć, odbierając uprawnienia prezydentowi i wzmacniając premiera. Tak miałoby być od przyszłej kadencji prezydenta, którego wybieraliby już nie wszyscy obywatele, lecz posłowie i senatorowie.
Ideą tą błyskawicznie zachwiały jednak sondaże, w których ok. 90 proc. Polaków sprzeciwiło się odebraniu im prawa wyboru prezydenta. Protestowali nawet ci, którzy nie głosują (frekwencja w 2005 r. to 51 proc. w II turze).
I Platforma zmienia front. Chce osłabić prezydenta, ale nadal mieliby go wybierać wszyscy obywatele.
- Pomimo wielkiego mandatu społecznego, jakim są wybory bezpośrednie, trzeba się zastanowić nad wetem refleksyjnym dla prezydenta - mówił wczoraj Boni. I tłumaczył: - Prezydent, przedstawiając weto, daje parlamentowi czas na zastanowienie, ale jego odrzucenie odbywa się taką samą większością, jaką przyjęto ustawę.
Zdaniem Boniego umożliwi to rządowi realizację projektów, za które bierze odpowiedzialność i z których jest rozliczany w kolejnych wyborach do Sejmu. Obecnie do odrzucenia weta potrzeba większości trzech piątych głosów. Koalicja PO-
PSL takiej większości nie ma i kilkakrotnie jej ustawy (np. dwa razy medialną) obalało weto Lecha Kaczyńskiego poparte głosami
PiS i
SLD.
Odchudzenie władzy prezydenta i jednoczesne zachowanie wyborów powszechnych nie wszystkim się jednak podoba. - To ani spójne, ani logiczne - mówi "Gazecie" konstytucjonalista prof. Marek Chmaj. - W Europie głowami państw są albo pozbawieni władzy i niewybierani monarchowie, albo prezydenci. Ci albo mają realną władzę i pochodzą z wyborów powszechnych, jak we Francji, albo mają minimalną władzę i wybierają ich parlamenty. Wysyłanie narodu na wybory, żeby wybrał prezydenta, który nie ma potem żadnej władzy, to oszukiwanie wyborców - dodaje Chmaj.
Tusk w czwartek konsultował reformę z ekspertami, ale tylko tymi, którzy zmiany - w różnym zakresie - popierają. Do kancelarii premiera przyszli m.in. byli prezesi Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Zoll i Jerzy Stępień, były sędzia Trybunału Jerzy Ciemniewski, socjolog i konstytucjonalista prof. Wiktor Osiatyński. Następne spotkanie w poniedziałek.
Profesorowie, którzy pomysły Tuska krytykowali - Stanisław Gebethner, Piotr Winczorek czy Marek Chmaj - zaproszeń nie dostali.
Wojciech Szacki: Poza nowym podziałem władzy między premiera a prezydenta PO chce też zmienić ordynację do Sejmu. „Rzeczpospolita” napisała ostatnio, że zdaniem PO i niektórych ekspertów można bez zmiany konstytucji wprowadzić ordynację mieszaną, taką jak w Niemczech. Wyborca ma tam dwa głosy - jeden oddaje na konkretnego kandydata, drugi na jedną z partii. Czy to możliwe? Prof. Stanisław Gebethner, konstytucjonalista: Nie, choć nie dlatego, że konstytucja przewiduje wybory proporcjonalne. Po prostu polska konstytucja stanowi, że Sejm składa się z 460 posłów. Gdyby wprowadzić ordynację na wzór niemiecki, liczebność Sejmu zmieniałaby się co wybory.
Dlaczego? - W Niemczech drugie głosy - te oddane na partie - sumuje się w skali kraju i ustala, ile mandatów mają dostać partie. Potem dzieli się mandaty w landach. Jeśli partii w konkretnym landzie przysługuje dziesięć mandatów, a w okręgach jednomandatowych uzyskała ich osiem, to brakujące dwa dostaje tytułem wyrównania z listy partyjnej. Bywa jednak tak, że partii przysługuje np. siedem mandatów, ale w samych okręgach jednomandatowych zdobyła ich osiem. Ten ósmy mandat jest właśnie nadwyżkowy.
Dużo jest takich nadliczbowych posłów w Bundestagu? - Przed zjednoczeniem Niemiec ta liczba malała, nawet do dwóch. Po zjednoczeniu zaczęła rosnąć, nawet do 26.
Jakie byłyby skutki wprowadzenia takiej ordynacji w Polsce - poza zmienną liczebnością Sejmu? - W Niemczech nie miało to nigdy większego wpływu na formowanie koalicji. U nas mogłoby być inaczej. Zrobiłem symulacje. Wyniki skłaniają do obaw, że posłami z okręgów jednomandatowych zostałoby wielu wolnych strzelców. Mogłoby to doprowadzić do takiego rozczłonkowania Sejmu jak w 1991 r., co byłoby niebezpieczne dla stabilności rządu i utrudniało zawiązanie trwałej koalicji.