Renata Grochal: Z sondażu "Gazety" wynika, że 61 proc. Polaków jest za wprowadzeniem 50-proc. parytetu dla kobiet na listach wyborczych do Sejmu, PE i samorządów. Powinien być w Polsce parytet? Elżbieta Radziszewska: Jeśli chodzi o wybory samorządowe, to w gminach do 20 tys. mieszkańców są większościowe. Parytet byłby możliwy tylko w większych miejscowościach, bo tam mamy listy kandydatów. A trudno mi wyobrazić sobie wybory, w których w jednym miejscu jest parytet, a gdzie indziej nie ma.
To może w wyborach do Sejmu i europarlamentu? - Są plany, by zmienić ordynację w wyborach do europarlamentu, by cała Polska była jednym okręgiem. Skoro nie wiadomo, jaka będzie ordynacja, wolałabym o niej nie mówić.
Jeśli chodzi o Sejm, to jestem przeciwna ustawowym parytetom. Powinniśmy iść drogą edukowania, promowania, by kobiety w siebie uwierzyły i by mężczyźni uwierzyli w kobiety.
W Europie jest tylko pięć krajów, gdzie mamy parytet ustawowy -
Belgia,
Francja, Hiszpania,
Portugalia i
Słowenia. I efekt wcale nie jest dobry. W Słowenii, gdzie jest 33 proc. parytet dla kobiet na listach, jest 14 proc. kobiet w parlamencie. We Francji, gdzie jest najwyższy 50-proc. parytet, a kobiety na listach muszą być ustawione naprzemiennie z mężczyznami - 18 proc.
W hiszpańskim parlamencie jest 36 proc. kobiet. Może warto spróbować, skoro w Sejmie jest 20 proc. kobiet, a w Senacie 8 proc.? - W Szwecji czy Finlandii, gdzie jest 47 i 42 proc. kobiet w parlamencie, nie ma ustawowych parytetów.
Ale tam partie same zobowiązały się do przestrzegania parytetów na listach. A polskie ugrupowania nawet o tym nie myślą. Dlatego może trzeba spróbować ustawowego parytetu? - Ustawowy parytet się nie sprawdza. Kongres Kobiet chciałby leczyć chorobę ostrą operacją, czyli ustawą, która mówi, że na listach ma być 50 proc. kobiet.
Żeby wprowadzić dobrą terapię, czyli zwiększyć odsetek kobiet w polityce, trzeba postawić diagnozę, dlaczego jest ich tak mało. Kobiety są mniej aktywne niż mężczyźni. Jest ich mniej na listach, bo jest ich mniej w partiach.
Cztery lata temu w moim okręgu wyborczym w Piotrkowie były dwa puste miejsca na liście. I nie mogliśmy znaleźć ani kobiet, ani mężczyzn, którzy chcieliby kandydować. Zabrakło nam 240 głosów i przegraliśmy mandat.
Dlaczego kobiety nie chciały startować w wyborach? - Kobiety są bardzo zaangażowane w pracę w domu. Gdy dzielą ten czas między rodzinę i karierę zawodową, mają jeszcze mniej czasu. Nie chcą wyjeżdżać do Sejmu do Warszawy, żeby nie zostawiać rodziny, zwłaszcza małych dzieci.
Aby kobiety mogły się angażować w politykę, trzeba uwolnić ich czas, stworzyć więcej przedszkoli, ułatwień dla kobiet. Poza tym same kobiety muszą uwierzyć, że one też mogą się zaangażować w politykę. Same muszą się promować, mówić kolegom - patrzcie, jak ciężko pracuję, proszę mnie wybrać na jedynkę listy.
Jestem posłem 12 lat. I za każdym razem byłam liderką listy. Nie czekałam, aż ktoś mnie wskaże palcem. Tylko mówiłam wszystkim panom, że zasługuję na zaufanie.
Gdy kobiety w siebie uwierzą, przekonają do siebie wyborców. Bo z samej obecności na liście jeszcze nikt nie został wybrany.
To może partie polityczne - zamiast wydawać pieniądze z budżetu na spoty w telewizji - powinny zrobić kampanię zachęcającą kobiety do polityki? - Każda partia powinna to robić, i PO zachęca kobiety. W klubie PO w Radzie Warszawy jest ponad 70 proc. kobiet.
Ale we władzach Platformy, w 15-osobowym zarządzie, są tylko dwie kobiety. W PiS jest jeszcze gorzej, w 19-osobowym komitecie politycznym - jedna. - Zarząd nie bierze się z nieba. W PO zgłasza się kandydatów na kongresie wyborczym. Jeśli kobiet jest mniej w kołach partyjnych, bo mniej angażują się w działalność polityczną niż mężczyźni, to i na samej górze jest ich mniej.
Jestem zwolenniczką metody, żeby każda partia wzięła na siebie zobowiązanie, że będzie promować kobiety. I PO promuje. Na każdej liście w pierwszej trójce musi być kobieta.
Były marszałek Sejmu Marek Borowski proponuje, żeby partie, które więcej kobiet umieszczą na listach, dostawały więcej pieniędzy z budżetu. - To byłoby niekonstytucyjne rozwiązanie.
Ale co zrobić, żeby wykreować liderki, których partie dziś raczej nie kreują? - Ja nie narzekam. W PO nie ma dyskryminacji kobiet, wszystko zależy od tego, ile same chcemy zrobić.
Kobiety są niezbędne w polityce, bo stanowimy połowę społeczeństwa i nasz głos musi być słyszalny. Ale samo bycie kobietą to za mało, żeby trafiać na listy wyborcze. Oddałaby pani głos na kobietę, która nie jest aktywna, nikt jej nie zna, jest niekompetentna? Ja wolę głosować na osobę mądrą, niezależnie od tego, czy jest kobietą czy mężczyzną. Dobrze byłoby, żeby kobiety były częściej zapraszane do debat politycznych w
radiu i telewizji, żeby miały szansę pokazać, że w polityce też mają coś do powiedzenia.
Przeciwnicy parytetu - także kobiety - mówią, że byłoby to upokarzające dla kobiet. - Na pewno wiele osób kontestowałoby sukces kobiety, mówiąc, że została parlamentarzystką czy radną tylko dlatego, że ktoś dał jej miejsce na liście. A to mogłoby być upokarzające.