Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Marcin Lis to były działacz PO w Swarzędzu. Z partii został wyrzucony, bo w wyborach na burmistrza miasteczka startował z własnym komitetem wyborczym. Zdobył więcej głosów niż kandydaci PO i
PiS razem wzięci. Teraz - już jako działacz PJN - ujawnia, jak w PO układa się listy wyborcze. Na jedynkę w okręgu numer 3 przeprowadzono swoistą licytację: wygrać miał ten, kto dał więcej pieniędzy. Stanęło na 7,5 tys. zł. - Chętnie powtórzę to pod przysięgą przed sądem, gdy zajdzie taka potrzeba - mówi Lis.
- Nie płaciłem żadnych pieniędzy, żeby zostać liderem listy! Nie było żadnej "licytacji" - odpowiada radny Bartosz Sawicki, który miał skorzystać na "licytacji". Ile pieniędzy wpłacił przed wyborami na konto PO? - Wszystko dobyło się zgodnie z prawem i z przewidzianymi limitami.
Marcin Lis twierdzi, że o procederze w Swarzędzu informował władze regionalne partii. - Osobiście dostarczałem pismo w tej sprawie. Jedną z pierwszych osób, do których trafiła ta wiedza, był wiceszef regionu, wicemarszałek Wielkopolski Leszek Wojtasiak. Niestety, nic z tym nie zrobiono.
- Szczegóły sprzed kilku miesięcy pamiętam jak przez mgłę. Ale wszystko odtworzyliśmy sobie na spotkaniu w swarzędzkim kole w poniedziałek. Nie było mowy o żadnej "licytacji". Pan Lis to były sfrustrowany działacz Platformy, który szkodzi przede wszystkim sobie - odpowiada Wojtasiak.
Władze regionalne PO nie wykluczają, że spotkają się z Lisem w sądzie.