- To skandal, że była próba fałszowania wyborów regionalnych - grzmiał premier, według naszych rozmówców, tydzień temu na posiedzeniu zarządu partii.
Zaczął od sprawy z Podlasia, gdzie faworyt poseł Robert Tyszkiewicz przegrał z młodym konserwatystą Damianem Raczkowskim. Gdy okazało się, że Tyszkiewicz traci władzę, nagle przybyło mu pięć głosów, a łączna liczba głosów przerosła liczbę wydanych kart.
Sekretarz generalny partii
Grzegorz Schetyna zapewnia, że sytuacja na Podlasiu to wyjątek. - Winny jest przewodniczący komisji skrutacyjnej, który trzykrotnie liczył głosy. Powinien przeliczyć je dwa razy i sporządzić protokół - mówi "Gazecie" szef klubu PO.
Tusk miał też pretensje do regionalnych liderów o pompowanie kół i wycinanie konkurencji. Oberwało się ministrowi infrastruktury Cezaremu Grabarczykowi, który nie wpuścił do zarządu łódzkiej PO ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego ani minister ds. równego traktowania Elżbiety Radziszewskiej. A wiceszef PO Jacek Saryusz-Wolski dostał informację, żeby nawet nie kandydował.
Podobne zastrzeżenia Tusk miał do Jarosława Gowina, którego ludzie przejęli władzę w małopolskiej PO, a wcześniej były tam sygnały o pompowaniu kół. Gdy w prezydenckich prawyborach zagłosowało niespełna 50 proc. członków PO, władze partii zapowiadały audyt struktur. Ale do dziś nie ujawniono jego wyników.
- Donald obawia się, że nieczyste zagrania przeniosą się na zjazd krajowy, który ma wybrać nowe władze - mówi jeden z członków zarządu PO. - Dlatego proponował, żeby 27 czerwca wybrać tylko szefa partii, a członków 500-osobowej rady krajowej, którzy wybiorą nowy zarząd, później. Według obecnych planów wybory zarządu mają się odbyć 24 lipca.
Jednak Schetyna był przeciw takiemu rozwiązaniu, tłumacząc, że kończy się kadencja władz i trzeba jak najszybciej wybrać nowe.
27 czerwca - po pierwszej turze wyborów prezydenckich - zbierze się kongres PO, który wybierze nowego szefa Platformy. Wiadomo, że znów wygra Tusk. Gra toczy się o 13 stanowisk w zarządzie.
Schetyna, który wzmocnił się w wyborach regionalnych, bo jego ludzie przejęli kilka regionów, będzie chciał utrzymać stanowisko sekretarza generalnego. I obsadzić kilka miejsc w zarządzie. Będzie forsował m.in. szefa wielkopolskiej PO Rafała Grupińskiego oraz zachodniopomorskiej Stanisława Gawłowskiego. Z tym drugim może być problem, bo Tusk nie darzy go sympatią.
- Najpierw wybory prezydenckie, później wybory nowych władz PO. Dziś każda minuta zajęta czymś innym niż kampanią prezydencką Bronisława Komorowskiego to strzał do własnej bramki - ucina pytania Schetyna.
Z zarządu PO najprawdopodobniej odejdą Waldy Dzikowski i Sławomir Nitras, którzy stracili stanowiska regionalnych liderów.
Tusk ma też pomysł, by wprowadzić parytet. Dziś w zarządzie PO są dwie kobiety - Hanna Gronkiewicz-Waltz i Urszula Augustyn. W nowym rozdaniu mają znaleźć się w nim m.in. minister zdrowia
Ewa Kopacz i posłanka Małgorzata Kidawa-Błońska.
Regionalni liderzy chcieliby mieć większy wpływ na politykę rządu. - Nie chcemy być traktowani jak maszynki do głosowania. Plany gabinetu powinny być konsultowane z politycznym zapleczem, bo to my musimy się tłumaczyć w terenie z tego, co robi rząd - mówi wiceszef PO Tomasz Tomczykiewicz.
Największą zagadką jest to, czy do zarządu wejdzie skłócony ze Schetyną poseł
Janusz Palikot. Jego obecność mogłaby być na rękę Tuskowi, bo byłby przeciwwagą dla Schetyny.
- Nie sądzę, by Tusk zrobił coś, żeby wyraźnie wesprzeć Palikota, ani Schetyna, żeby mu zaszkodzić. Żaden z nich nie będzie chciał narażać swojego autorytetu - mówi jeden z naszych rozmówców.