http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

13 000 000 przyjaciół Obamy

rozmawiał Vadim Makarenko
2009-03-25, ostatnia aktualizacja 2009-03-25 11:18

26 października 2008 r. Barack Obama żartuje z wolontariuszami ze sztabu w Brighton, w stanie Kolorado. W portalu społecznościowym MyBarackObama.com wolontariusze wymieniali się pomysłami, zawiadamiali o planowanych imprezach oraz zdawali relacje z tego, co już zrobili - do ilu osób zadzwonili, do ilu drzwi zapukali
26 października 2008 r. Barack Obama żartuje z wolontariuszami ze sztabu w Brighton, w stanie Kolorado. W portalu społecznościowym MyBarackObama.com wolontariusze wymieniali się pomysłami, zawiadamiali o planowanych imprezach oraz zdawali relacje z tego, co już zrobili - do ilu osób zadzwonili, do ilu drzwi zapukali
Fot. Jae C. Hong AP

Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych, pisze do mnie e-maile. Nigdy go nie spotkałem, ani mi brat, ani swat. Ale pisze do mnie raz, dwa razy w tygodniu Z Joe Rosparsem, internetowym guru Obamy, rozmawia Vadim Makarenko

Joe Rospars w studiu
Joe Rospars w studiu "Gazety"
7 lipca 2008 r. St. Louis w stanie Missouri. Obama sprawdza maile na swoim telefonie BlackBerry. Po zwycięstwie w wyborach już jako prezydent stoczył bój z ochroną o zgodę na używanie e-maila. Ani Clinton, ani Bush nie korzystali z poczty elektronicznej
Fot. Jae C. Hong AP
7 lipca 2008 r. St. Louis w stanie Missouri. Obama sprawdza maile na swoim...
ZOBACZ TAKŻE
Vadim, co ożywienie gospodarcze znaczy dla ciebie? - pyta Barack w e-mailu z 2 lutego. "W zeszłym tygodniu Izba Reprezentantów uchwaliła ustawę, która ma ożywić gospodarkę i przywrócić pracę trzem milionom Amerykanów. Potrzebuję twojej pomocy... Amerykanie muszą wiedzieć, że pomoc jest już w drodze". Barack prosi, bym przekazał dobrą nowinę bliskim i znajomym. Podobny e-mail od Baracka dostało 13 milionów jego przyjaciół.

Niektórzy zaprzyjaźnili się z prezydentem w Facebooku i MySpace - portalach podobnych do Naszej-klasy - ale też na stronie prezydenta My-BarackObama.com, która działa od wiosny 2007 r.

Często widzę Baracka na CNN, jak idzie korytarzami Białego Domu z komórką BlackBerry w ręce i wstukuje kciukiem wiadomości. Może właśnie pisze e-maila do mnie?

Przyjaciele z internetu

Barack nie zostałby prezydentem, gdyby nie jego przyjaciele. Wystarczy, że każdy z tych 13 mln przekonał czterech krewnych i znajomych, i już mamy 69 mln głosów, które w listopadzie ub.r. dały Obamie prezydenturę. Przyjaciele z internetu zorganizowali Barackowi ponad 200 tysięcy imprez i akcji poparcia - ludzie dowiadywali się o nich ze strony Baracka i portali, w których ma swój profil.

Do kampanii włączyło się 35 tys. stowarzyszeń - Kobiety Cleveland na rzecz Obamy, Zwycięzcy w Walce z Rakiem na rzecz Obamy, Kombatanci Georgii na rzecz Obamy - które wymieniały się pomysłami przez internet.

Wszyscy zebrali na kampanię dla Baracka 500 mln dolarów. Każdy przyjaciel, każde stowarzyszenie mogły założyć swój profil i blog w MyBarackObama.com - tak jak np.

Ashley z Richmond wstanie Wirginia, która pomogła w organizacji 43 imprez, wzięła udział w kolejnych sześciu i obdzwoniła 15 osób. "Od ponad dekady znawcy powtarzają, że internet zmieni politykę. On w końcu tego dokonał" - ocenił ostatnio prestiżowy amerykański magazyn "Portfolio".

Miał na myśli nie tyle Baracka, ile pewnego 27-latka z Chicago, byłego studenta m.in. filologii czeskiej na Uniwersytecie Karola w Pradze, który w sztabie Obamy odpowiadał za nowe media.

To Joe Rospars - zaliczany dziś przez "Portfolio" do największych innowatorów biznesu na świecie, tuż za twórcami Google'a i Steve'em Jobsem z Apple.

Każdy dał nam swój e-mail

Spotykamy się w Warszawie. W zeszłym tygodniu do Fabryki Trzciny na konferencję "Nowe Media - Nowa Demokracja" przyszli dyplomaci amerykańskiej ambasady, wykładowcy uniwersyteccy, działacze organizacji pozarządowych, dziennikarze i studenci gotowi chłonąć każde słowo Rosparsa.

To zaskakujące, ale widok zgromadzonych zdaje się go onieśmielać. Joe jest niewysoki, nosi okulary, kilkudniowy zarost i czarny garnitur. Mówi krótkimi zdaniami, bardzo konkretnie, delikatnie się uśmiecha. Nie jest showmanem, jakich pełno wśród guru nowych mediów.

Jego opowieść też zaskakuje. Mało w niej technologicznych sztuczek, modnych fraz i internetowego slangu. Więcej o otwartości na ludzi, o potrzebie bliskiego kontaktu, zaufaniu. Guru internetu z Ameryki przekonuje: - Wykorzystanie technologii dla samej technologii nie ma żadnego sensu. Cokolwiek robimy w sieci, musi wywołać efekty w realnym świecie.

Człowiek, który zrewolucjonizował sposób uprawiania polityki, zastrzega: - Naszym celem nie było przeniesienie debaty politycznej do internetu. Z powodzeniem można ją toczyć na spotkaniach wyborczych, w telewizji, prasie i radiu. Chcieliśmy zamienić wyborców w aktywnych uczestników kampanii. Żeby to się udało, trzeba było połączyć ze sobą wszystkich tych, którzy chcieli pomóc. W tym przydaje się internet.

Gdy Joe mówi te słowa, na ekranie za jego plecami widać wielosettysięczny tłum fetujący w Waszyngtonie zwycięstwo Obamy: - Każdy z nich dał nam swój e-mail.

SMS od Baracka przed CNN

"Barack wybrał senatora Joe Bidena na naszego kandydata na wiceprezydenta. Podaj dalej!" - takiego SMS-a dostały na komórkę trzy miliony przyjaciół Obamy 23 sierpnia 2008 r.

Barack zdradził im gorącego newsa godzinę wcześniej, nim ogłoszono to dziennikarzom telewizji CNN, BBC, agencji Reuters i "New York Timesa" oraz tysiącom innych mediów z całego świata.

Joe tłumaczy: - Nasi wyborcy musieli dowiadywać się wszystkiego jako pierwsi. To jeszcze bardziej wciągało ich w kampanię i utrzymywało zainteresowanie.

Co możesz zrobić dla "wielkiej zmiany"

Jedna trzecia Amerykanów ma profil w jakimś portalu społecznościowym - szukają znajomych na Facebooku, prezentują swoje amatorskie nagrania w MySpace, chwalą się swoim CV na LinkedIn. Młodzi korzystają z takich portali powszechnie: własny profil mają trzy na cztery osoby w wieku 18-24 lat. Joe Rospars założył Barackowi profile na wszystkich głównych portalach i dodatkowo stworzył własny na My-BarackObama.com.

- Kampanię w terenie od lat prowadzi się tymi samymi metodami. Ludzie organizują wiece, zbierają podpisy, pukają do drzwi i namawiają do oddania głosu. Do tego potrzebujesz wolontariuszy, którzy działają niczym armia zdobywająca nowe obszary - tłumaczy mi Joe. - Nasza armia na początku była bardzo mała, więc musieliśmy zorganizować ją tak, by każdy mógł z łatwością do niej dołączyć.

Wystarczyło założyć swój profil, podać e-maila, telefon, by zaprzyjaźnić się z Barackiem. Inni namierzali cię od razu, po kodzie pocztowym. Zapraszali na spotkania w okolicy, wysyłali filmy, pytali, czy możesz jakoś pomóc, coś zrobić, by "Wielka Zmiana się dokonała". "Zmiana" - to główne hasło kampanii Obamy.

Serwisy społecznościowe mają ważną zaletę: skracają dystans. Definicja przyjaciela w internecie jest inna niż na ulicy. To dlatego Barack może cieszyć się "przyjaźnią" 13 milionów ludzi, których w większości na oczy nie widział. Ku własnemu zdumieniu odnalazłem wśród nich swoich znajomych - choćby Adama Wajraka, obrońcę Rospudy z "Gazety".

W telewizji Obama przemawiał jak mąż stanu z trybuny do tłumu. W internecie Barack dzielił się z nami swoją pasją do koszykówki, pisania i dzieci. Jego ulubiony film to "Ojciec chrzestny", ulubiony program w telewizji to "Sportscenter" na kanale ESPN.

Joe: - Profile Obamy w portalach społecznościowych są niczym ambasady prezydenta w różnych środowiskach.

Subbotnik z Barackiem i Michelle

"Vadim, nagrałam wideo, żeby opowiedzieć ci więcej o tej ważnej akcji" - pisze Michelle Obama 19 stycznia.

Żona Baracka zaprasza mnie do udziału w Ogólnokrajowym Dniu Pomocy. Klikam i oglądam filmik z Michelle na YouTube. Rozumiem, że Dzień Pomocy to coś w rodzaju radzieckich subbotników, kiedy obywatele dla dobra kraju sprzątali społecznie w parkach, zbierali złom i makulaturę oraz oddawali krew. Wychowałem się na Białorusi i z całą szkołą musiałem chodzić na subbotniki.

W Ameryce można nie iść, ale Michelle zachęca: "Barack i ja będziemy tego dnia wolontariuszami w Waszyngtonie, naszym nowym domu".

Na Youtube bez krawata

Takich filmów na YouTube sztab Baracka zawiesił do dziś ponad 1800. Obejrzało je cztery miliony widzów. Niektóre miały 30 sekund, inne nawet półtorej godziny. Gdyby zliczyć łączny czas ich odtwarzania, to wyszłoby, że przyjaciele Baracka poświęcili na nie 1,2 miliarda minut.

Joe wtrąca: -Większość polityków i organizacji pozarządowych nastawia się na kontakt z dużymi mediami i poprzez nie chce dotrzeć do obywateli. Problem w tym, że ludzi nie interesuje to samo co media. Oni nie mówią językiem komunikatów prasowych i wolą

mieć normalne, ludzkie stosunki z żywymi ludźmi w sztabie.

Dlatego szef Joego - David Plouffe, szef całej kampanii Baracka - regularnie występował na YouTube bez krawata, w rozpiętej koszuli. Mówi do kamery: "Dzień dobry, do wyborów - tylko 49 dni. Chciałbym zająć wam chwilę, żeby powiedzieć, w którym punkcie jesteśmy".

Zamiast profesjonalnego niebieskiego tła czy amerykańskiej flagi wokół Davida widać porozrzucane papiery i butelki wody mineralnej. Na ścianie wykresy z sondaży i mapy USA - stany, w których toczy się walka, oznaczono pinezkami. Sceneria filmików przypomina raczej dom Wielkiego Brata niż studio przyszłego prezydenta Ameryki.

- Ta butelka wody mineralnej w kadrze była prawdziwa - zaznacza Joe. - W kampanii internetowej autentyczność jest kluczowa.

Filmiki amatorów? Nie, sztab prawie ich nie wykorzystywał. - Przemówienia, reklamówki i komunikaty prasowe przygotowuje sztab i ponosi za nie pełną odpowiedzialność.

W tej materii nowe media nic nie zmieniły - zaznacza Joe.

Barack macha uszami

- Czasem zaglądam na YouTube i wpisuję swoje nazwisko, żeby zobaczyć, co tam jest na mój temat - opowiada Barack. - Jest wiele filmików, które pokazują mnie w złym świetle, ale są też śmieszne, jak np. kreskówka, w której żartują z moich uszu.

Barack chwyta palcami swoje uszy i przez chwilę macha nimi jak zajączek z kreskówki. Czworo przyjaciół, z którymi je kolację, wybucha śmiechem. Tę czwórkę wylosowano spośród trzech milionów osób, które wpłaciły choć dolara na kampanię Obamy. Barack zaprosił ich do Waszyngtonu 10 lipca 2007 r.

Joe: - Dziesięciominutową relację wrzuciliśmy na YouTube. Ludzie uwielbiali ten film. Barack zachowywał się jak zwykły facet. Takiego chcieliśmy go pokazać.

Pięć dolarów - pięć maili

Barack uzbierał w sumie 700 mln dolarów, w tym ponad 500 mln przez internet. Joe: -To najlepszy wynik w historii. Co wyjątkowe, większość pieniędzy wpłacili nie bogacze - biznesmeni, gwiazdy show-biznesu - ale przeciętni Amerykanie, którzy wysupłali z portfeli średnio po 80 dolarów. Wpłaty poniżej 100 dolarów to 6 mln spośród 6,5 mln wszystkich datków.

Joe: -Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale w zbieraniu datków na kampanię nie chodzi tak naprawdę o pieniądze. Nie ustawialiśmy sobie celów wyrażonych kwotami - że chcemy np. zebrać 10 mln do soboty. Mówiliśmy, że chcemy namówić 100 tys. nowych osób do wpłaty.

Joe przekonuje, że datki tak naprawdę służą podtrzymaniu relacji: - Ludzie dają pieniądze, bo chcą mieć swój udział w wydarzeniu, chcą coś przeżyć. Mogli dać pięć dolarów, ale mogli też zapukać do drzwi pięciu domów albo wysłać pięć e-maili do przyjaciół. Wszystko jest walutą wymienną, wszystko ma wartość. Każdy ofiarodawca dostawał list od Baracka z podziękowaniem i pytaniem: "Co jeszcze możesz dla nas zrobić?".

Zespół ludzi, który pomógł zebrać te 500 mln dol. przez internet, kosztował zaledwie 2,5 mln dol. O takim zwrocie z inwestycji większość przedsiębiorców na świecie może tylko pomarzyć.

Przyjaciele po wyborach

Choć od wyborów minęło pięć miesięcy, Obama wciąż do mnie pisze: "Wiadomość wideo od Baracka". Na filmiku uśmiechnięty prezydent mówi: -Gdy wygraliśmy wybory w listopadzie, mówiłem, że samo zwycięstwo nie jest jedyną zmianą, na której nam zależy. To była dopiero szansa na zmianę.

Barack zachęca mnie do poparcia jego projektu budżetu. Portal MyBarackObama.com cały czas działa - ludzie prowadzą swoje blogi, organizują spotkania, dyskutują o nowych ustawach i rzeczach, które chcieliby zmienić w najbliższej okolicy - mostach, szkołach, drogach.

Joe: - Już po wyborach cały czas sondujemy, jak nasi wyborcy chcą zmienić Waszyngton, cały kraj, co mogą zrobić, by pomóc prezydentowi. Okazuje się, że są gotowi zaangażować się w akcje dobroczynne albo startować w lokalnych wyborach. Który polityk nie porzuca swoich wyborców w dzień po głosowaniu?

Czy to tylko kwestia technologii, która umożliwia Obamie utrzymanie więzi z 13 mln aktywnych wyborców bez pośrednictwa mediów i agend rządowych? Joe podkreśla: - To kwestia osobowości kandydata. Barack miał doświadczenie lokalnego polityka, który musi dbać o relacje w swojej społeczności. Internet umożliwia mu to nawet w Waszyngtonie. W Białym Domu po raz pierwszy w historii działa zespół ds. nowych mediów.

Czy kontrkandydat Obamy John McCain i inni politycy na świecie mogą wygrać wybory i utrzymać władzę, wykorzystując te same narzędzia?

Joe się uśmiecha: - I tak, i nie. Liczy się nie tyle program czy partia, ile potencjał, jaki może wyzwolić kandydat pośród wyborców. To prawda, że mieliśmy więcej zwolenników niż McCain, ale byliśmy również w stanie więcej z nich skłonić do współpracy niż jego sztab.

Niewidzialny czarodziej

Zanim 27-letni Joe Rospars rozpoczął służbę u charyzmatycznego Baracka Obamy, w latach 2003-04 pracował w sztabie innego demokraty - Howarda Deana, który rzucił rękawicę ubiegającemu się o reelekcję Bushowi juniorowi. Choć Dean przegrał, a jego kampania - jak ocenia dziś Joe - była "bardzo chaotyczna", wiele się nauczył.

Absolwent politologii Georgetown University w Waszyngtonie, były student uniwersytetów w Pradze i Rotterdamie, oraz lektor angielskiego na uczelni w Sztokholmie, założył własną firmę internetową Blue State Digital. Joe: - Rozmyślałem, jak lepiej wykorzystać technologie, jakie strategie obrać. Potem przyszedł Barack i byliśmy już gotowi.

Zespół ds. nowych mediów w sztabie Obamy liczył 100 osób. Joe zaprosił do współpracy ludzi, którzy odnieśli wcześniej większe sukcesy niż on sam. Np. współzałożyciel Facebooka Chris Hughes stworzył portal MyBarackObama. com. "Amatorskie" filmiki w YouTube reżyserowała Kate Albright-Hanna, była dziennikarka działu politycznego CNN i autorka kilku nagrodzonych filmów dokumentalnych.

Joe: - Spotkałem masę ciekawych ludzi, którzy mogliby zarabiać więcej pieniędzy gdzie indziej, ale wybrali pracę w sztabie Obamy. Sami się nakręcali, więc kampania niosła niesamowitą energię. Pracowaliśmy po 100 godzin w tygodniu.

Trudno było mi spotkać się z Joe'em w Waszyngtonie, do którego właśnie się przeprowadzał. Godzinami rozmawialiśmy przez telefon, wymienialiśmy maile. Na żywo spotkaliśmy się dopiero w Warszawie, dokąd przyjechał na zaproszenie ambasady USA.

Zaprosiłem go do studia telewizyjnego "Gazety", by udzielił mi wywiadu (oglądaj zaraz poniżej! Inne filmy na Wyborcza.pl/wideo). Operatorzy ustawiają sprzęt, za chwilę zaczynamy nagranie. -Jesteś przyzwyczajony do kamer? - pytam, by opanować własne zdenerwowanie. - Rzadko się udzielam w mediach. Lepiej czuję się za kulisami, przyzwyczaiła mnie do tego kampania.



- Niewidzialny czarodziej? - żartuję.

- Nie. Po prostu: niewidzialny.

Internet powstrzyma populistów?

Firma Rosparsa nie narzeka dziś na brak klientów. Zgłaszają się politycy z Europy (ale nie z Polski), związki zawodowe, organizacje pozarządowe jak Czerwony Krzyż czy organizatorzy festiwalu kina niezależnego w Sundance.

Na początku tego roku Blue State Digital otworzyła biuro w Londynie. Jeden z ostatnich projektów Joe'ego to kampania w internecie, którą prowadzi na zlecenie ruchu antyfaszystowskiego na Wyspach Brytyjskich. Portal społecznościowy HopeNotHate.org.uk (ang. nadzieja, a nie nienawiść) zbiera fundusze i organizuje protest przeciwko Brytyjskiej Partii Narodowej (BNP), która w obliczu kryzysu zyskuje w sondażach i może wprowadzić swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego.

O ten projekt zapytała jedna ze słuchaczek Rosparsa w Fabryce Trzciny: - Czy to znaczy, że jesteś gotów wykorzystać swoją wiedzę i internet przeciwko demokracji?

- Po pierwsze - ripostował Joe - pracuję tylko dla tych dobrych. Po drugie, głównym celem kampanii na Wyspach jest zachęcenie ludzi, żeby poszli do urn. Populiści tacy jak BNP mogą wygrać tylko wtedy, gdy jest niska frekwencja.

Kampania Obamy w liczbach

69 mln osób poparło Baracka Obamę w wyborach w listopadzie ub.r.

13 mln zaangażowało się w kampanię przez internet

500 mln dolarów ofiarowali internauci na fundusz wyborczy

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów