http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

52:48 albo czego nas uczy Peru?

Maciej Stasiński
2011-06-20, ostatnia aktualizacja 2011-06-17 19:33

Czyli o ponurym losie liberalnego demokraty

- To wybór między rakiem a AIDS - mówił o ostatnich wyborach prezydenckich najwybitniejszy Peruwiańczyk, noblista Mario Vargas Llosa.

Dwa tygodnie temu Peruwiańczycy mogli zagłosować albo na Keiko Fujimori, córkę byłego prezydenta - przestępcy Alberto Fujimoriego odsiadującego w Limie wyrok za terroryzm państwowy, korupcję i rabunek mienia publicznego, albo na Ollantę Humalę, byłego pułkownika armii, nieudanego puczystę, nacjonalistę i populistę, przyjaciela Hugo Chaveza i Fidela Castro.

Gdy na ulicach Limy pewien rozgorączkowany człowiek przestrzegał ludzi przed głosowaniem na Humalę, bo "to jak skok w pustkę", ktoś z zebranych odkrzyknął: - Lepiej skoczyć w pustkę niż w gówno fujimoryzmu!

Humala wygrał stosunkiem 52:48.

Czy tylko Peruwiańczycy cierpią na podobne kłopoty wyboru "mniejszego zła"? Przecież powszechne jest utyskiwanie, że polityka spsiała, partie straciły oblicze, a przywódcy - kręgosłup. Nie są już mężami stanu, ale ledwie administratorami kapryśnych społecznych nastrojów. Olbrzymów zastąpiły karły.

W Polsce odchodzi pokolenie twórców postkomunistycznej demokracji, w Hiszpanii wykruszają się szeregi założycieli postfrankistowskiej wolności, w Anglii wspominają z nostalgią Winstona Churchilla, we Francji Charles'a de Gaulle'a. Wielu ludzi głosuje w Polsce na PO jak na mniejsze zło, a nie jak na swoją partię, z którą zgadzają się w poglądach na państwo, gospodarkę, stosunek do Kościoła i religii, wolności indywidualnych i obyczajów, prawa kobiet, aborcję, związki jednopłciowe i partnerskie.

Czy zatem Peru jest czymś szczególnym?

Vargas Llosa, zaciskając zęby i nos, ogłosił, że trzeba głosować na Ollanta Humalę. W jego kampanię włączyła się cała jego rodzina i ile tchu w piersi ostrzegała przed Keiko Fujimori.

A przecież pięć lat temu Vargas Llosa ostrzegał przed Humalą. W przedmowie do kolejnej wersji rozprawy o "Doskonałym Latynoamerykańskim Idiocie" - systematycznej krytyki ideologicznych przesądów i mitów latynoskiego nacjonalizmu i lewicowości - przestawiał go jako kolejne wcielenie idioty doskonałego.

Co się stało, że noblista zjadł własny język?

Vargas Llosa jest demokratą i liberałem znienawidzonym przez latynoską lewicę co najmniej od czasu, kiedy zerwał z Fidelem Castro na początku lat 70. W 1989 roku stanął jako liberał do wyborów w kraju zdewastowanym przez lewicowo-nacjonalistycznego prezydenta Alana Garcię. Przegrał je wtedy ze skrajnym populistą Alberto Fujimorim, który ukradł mu program i przez lata uchodził w oczach tzw. rynków za czempiona zdrowej gospodarki. Aż obrócił kraj w rumowisko - podobnie jak jego argentyński kolega Carlos Menem.

Teraz Vargas Llosa przypomina rodakom, co działo się za rządów Fujimoriego - to, jak ojciec obecnej kandydatki zawładnął krajem niczym prywatnym folwarkiem, rozwiązał parlament, ustanowił ustrój powszechnej korupcji, na czele którego postawił szefa tajnej policji Vladimiro Montesinosa. Zwalczał przeciwników przy pomocy szwadronów śmierci lub zmuszał do ucieczki z kraju. Osobiście kierował tzw. programem planowania rodzinnego, rasistowskim planem oszukańczej lub przymusowej sterylizacji ok. ćwierć miliona Indianek.

Dlaczego pisarz musi przypominać rodakom coś, co zdarzyło się 10, 20 lat temu?

Przecież w 2001 r. na własne oczy oglądali w telewizji polityczny horror - setki taśm wideo, na których Montesinos, jak osobiście kupował posłów, gubernatorów, sędziów, szefów kanałów telewizyjnych, dziennikarzy wręczając im koperty z gotówką! Dlaczego nie pamiętają, że Keiko była pierwszą damą dworu ojca? Czemu na nią głosują, mimo że od dawna obiecuje, że ułaskawi tatusia skazanego w 2007 r. za zbrodnie? Dlaczego w pierwszej turze dostaje ona 24 proc. a w drugiej 48 proc. głosów i tylko o włos przegrywa z Humalą?

A Ollanta Humala, w języka quechua "wojownik, który widzi wszystko"?

Czemu wierzą w obietnice byłego pułkownika podejrzanego o represje wobec indiańskich chłopów w latach 90., niedoszłego puczysty ułaskawionego za zamach z 2000 r.? Człowieka, który był jeszcze przed chwilą skrajnym lewackim nacjonalistą, pupilem i klientem Hugo Chaveza.

Nauczył się tego od ojca Isaaca, komunisty i założyciela militarystyczno-etniczno-rasistowskiego ruchu, który żądał odwetu za pięć wieków panowania białych Kreolów nad indiańskimi tubylcami. Isaac wykładał te idee w tajnych kółkach rewolucyjnych na uniwersytecie w Limie, a wśród jego słuchaczy był wtedy młody Mario Vargas Llosa. Brat Ollanty Antauro zamachnął się w 2006 r. zbrojnie na rząd Alejandro Toledo, demokraty, który stał na czele opozycji przeciw Fujimoriemu i dziś siedzi w więzieniu.

Czemu Peruwiańczycy uwierzyli Ollancie z dnia na dzień, gdy ogłosił, że zerwał z tą ideologią i zobowiązał się do poszanowania rynku, własności, pluralizmu i dyscypliny budżetowej? Dlaczego raz jeszcze wierzą w zaklęcia i obietnice, jak gdyby nie pamiętali, że gdy władza wpada w ręce wodzom, obietnice się ulatniają?

Warto się tej historii przyjrzeć, bo Peruwiańczycy stanęli przed takim wyborem nie po wojnie domowej, dyktaturze czy zapaści gospodarczej. Przeciwnie: w ostatnim dziesięcioleciu zaznali wzrostu gospodarczego sięgającego 7-8 proc., a demokracji parlamentarnej nic nie zakłócało.

Powody są głębsze niż te, które wielu Europejczykom, znużonym i rozczarowanym mitręgą demokracji, każą głosować na "mniejsze zło".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':