http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Głód ich powszedni

Adam Leszczyński, Kenia
2010-10-18, ostatnia aktualizacja 2010-10-15 18:42

Głód to nie tylko wielkie klęski suszy. Ludzie umierają z głodu w tych samych miejscach, w których działają restauracje, a ich syci klienci wieczorem oglądają mecz przy piwie. Tak jak w Marsabit


ZOBACZ TAKŻE
- Kiedyś po długich deszczach woda zostawała aż do następnych. Wszędzie dookoła rosła trawa, aż do Marsabit, Turkana i Etiopii. Ostatnio po deszczu woda znika w ciągu jednego dnia. Od trzech lat nie padało w ogóle.

Człowiek, który to mówi, ma może 30 lat, a może 50. Suchy, pomarszczony i żylasty, wygląda jak mumia swojego pradziadka - ubrana w koszulkę polo, jakąś kolorową szatę i znoszoną bejsbolówkę z logo brytyjskiego Arsenalu. Nazywa się Hokho Qonchora, należy do plemienia Gabra i jest jednym ze starszych wioski Segel.

Segel: kilkadziesiąt okrągłych chatek-szałasów, kilkuset ludzi i kilkaset kóz (to jedyny majątek i źródło utrzymania) w środku ogromnej, pustej, suchej przestrzeni. Biały samochód, którym przyjechałem, jest jedynym śladem nowoczesnej cywilizacji w zasięgu wzroku. Jesteśmy w Kenii, ale daleko od safari. Cała północna część kraju to pustynia, na którą turyści - i ich pieniądze - docierają bardzo rzadko.

- W zeszłym roku dostaliśmy od rządu tylko pięć worków zboża, po 50 litrów każdy, po trzy worki ryżu i fasoli, dwie skrzynki oleju - słyszę. - Od kiedy nie pada, mamy problem z wodą i jedzeniem.

Nie pada od lat, ale pasterze radzą sobie, jak mogą. Wodę dowozi im beczkowóz kilkadziesiąt kilometrów przez pustynię. Muszą jednak zapłacić, więc jeśli chcą wodę, muszą pojechać do Marsabit, odległej o kilkadziesiąt kilometrów stolicy dystryktu, i sprzedać kozę albo dwie.

Pod wyschniętym drzewem stoją dwa duże plastikowe zbiorniki na wodę. Wspólnota starannie ją racjonuje: 20-litrowy zbiornik na rodzinę dziennie.

- Kiedy nie ma wody, nie ma jedzenia - mówi Qonchora.

Raj, który wysechł

W stolicy dystryktu Marsabit kobiety kłócą się pod studnią. Z betonowej rynienki sączy się cienki strumyczek.

- W czasach kolonialnych [lata 50.] Brytyjczycy policzyli, że Marsabit może utrzymywać 2 tys. ludzi - mówi Duba Kalicha, mój przewodnik. - Nikt nie wie, ile tu teraz mieszka. Może 40 tys.?

Duba ma dobrze po pięćdziesiątce. W Marsabit się urodził, mieszkał całe życie i wychował siedmioro dzieci.

- Kiedy byłem mały, codziennie rano całe miasto było spowite mgłą i często padało - mówi. - Wody wystarczało dla wszystkich.

Teraz nie starcza jej dla nikogo. Marsabit było oazą na środku pustyni - wokół kilku wzgórz porośniętych lasem tworzył się unikalny mikroklimat, wilgotny i chłodny. Teraz nawet piękne jezioro Paradise (czyli Raj) w lokalnym parku narodowym wyschło i zostało po nim tylko klepisko. Kiedy kilkanaście lat temu jechałem przez Marsabit do Etiopii, widziałem z dachu ciężarówki stada słoni. Dziś trudno je tu spotkać - spod Marsabit przeniosły się na południe.

Tylko ojcowie kombonianie w swoim ogromnym, bogatym klasztorze na wzgórzu mają dość wody, żeby podlewać rabatki. Miejscowi nazywają klasztor "Vatican City". Rabatki sam widziałem; po mieście krążą opowieści, że ojcom włoskie jedzenie przywozi z odległego o 500 km Nairobi helikopter. Z wodą i jedzeniem jest tak samo: jest ich za mało dla wszystkich, ale ci, którzy mają pracę - urzędnicy, drobni biznesmeni, pracownicy organizacji pozarządowych - mogą je kupić.

Kobiety - bo 20-litrowe żółte zbiorniki z wodą zawsze noszą kobiety - dalej kłócą się pod studnią. Wrzask i awantura.

Duba: - Wspólnota ustaliła, że ze studni można korzystać tylko wieczorem, kiedy nazbiera się w niej woda, bo inaczej napełnienie jednego pojemnika może trwać godzinami. Ale jedna kobieta chciała skorzystać ze studni teraz, a inne nie chcą jej pozwolić.

Kiedyś pod Marsabit można było uprawiać pola. Teraz jest tak sucho, że się nie da, a wody na irygację nie ma. Bo niby skąd, skoro brakuje jej dla ludzi? Większość mieszkańców regionu - podobno nawet 80 proc. - może przetrwać tylko dzięki pomocy żywnościowej kenijskiego rządu i organizacji pozarządowych. Nie wszystkim ta pomoc wystarcza.

- Szacujemy, że w tym roku cierpi na skrajne niedożywienie 3 proc. ludności, a na umiarkowane - 14 proc. - mówi Francis Ngiru, urzędnik państwowy noszący tytuł "regionalnego oficera żywnościowego" (ang. nutritional district officer).

Rząd i Czerwony Krzyż rozdają jedzenie na jednym z głównych placów miasta. Im dalej od Marsabit, tym trudniej o pomoc. To zachęca ludzi, żeby sprowadzać się do miasta. W mieście wycinają drzewa na opał - a im mniej drzew, tym mniej wody. Im mniej wody, tym mniej jedzenia. Wszystko to jest ze sobą ściśle powiązane.

Nikt nie ma pomysłu, jak przerwać ten zaklęty krąg.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':