W Boże Narodzenie 2009 r. zapadł w Chinach jeden z najsurowszych wyroków minionej dekady w procesie politycznym - Liu Xiaobo skazany został na 11 lat za "nawoływanie do obalenia władzy". Jego przestępstwo polegało na zamieszczeniu w internecie sześciu artykułów krytykujących Komunistyczną Partię Chin i współautorstwie Karty 08 - manifestu, którego sygnatariusze domagali się rządów prawa, podziału władz i poszanowania praw człowieka.
Kilkunastu dyplomatów, którzy chcieli przysłuchiwać się rozprawie, marzło przed budynkiem sądu. Nieco liczniejsi sygnatariusze Karty, którzy przybyli do Pekinu, gromadzili się przed gmachem, przywiązując na znak solidarności z oskarżonym żółte wstążki do ogradzających dostęp barierek.
Wyrok potępiły
Unia Europejska i
USA, podpisywano listy protestacyjne, a przez chiński internet przetoczyła się fala oburzenia. Liu Xiaobo, wówczas już jeden z najsławniejszych chińskich dysydentów, stał się symbolem walki o wolność słowa w Państwie Środka.
Pozbawiony od lat możliwości publikowania we własnym kraju, poddany przez dwie dekady inwigilacji, więziony bezprawnie, bez zgody na widzenia i korespondencję z żoną - miał prawo czuć nienawiść. Jednak w ostatnim słowie mówił: "Klimat wrogości zatruwa duszę narodu, podżega do brutalnej walki na śmierć i życie, zabija tolerancję i człowieczeństwo, jest przeszkodą na drodze do wolności i demokracji. Dlatego mam nadzieję, że uda mi się ( ) przeciwstawić wrogości reżimu jak najlepsze intencje, rozbroić ją miłością".
Nie płacz, Liu XiaLiu Xiaobo, urodzony 28 grudnia 1955 r. w Changchun w dawnej Mandżurii, podzielił niedole swego pokolenia. Jako syn profesora uniwersytetu spędził z rodzicami lata 1969-73 na zesłaniu na mongolskiej wsi. W 1974 r. jak większość ludzi z miasta trafił do komuny ludowej, gdzie pracował przez dwa lata, po czym awansował na robotnika w przedsiębiorstwie budowlanym. Po przywróceniu egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie został przyjęty na wydział literatury Uniwersytetu w Jilin, po czym przeniósł się na Uniwersytet Pekiński, gdzie w 1984 r. uzyskał tytuł magistra. Wkrótce potem został wykładowcą Beijing Normal University, gdzie w 1988 r. uzyskał doktorat z literatury.
Po śmierci Mao Zedonga (1976) najsurowszymi krytykami maoizmu stali się pisarze i poeci. W dziełach nazwanych "literaturą zranionych" pisali o cierpieniach poddawanych reedukacji inteligentów czy studentów relegowanych z uczelni. Ich powieści, sztuki i wiersze budziły często gniew wydziału propagandy KPCh, wszczynającego kampanie potępień. Zagrożeni prześladowaniami pisarze i artyści decydowali się popierać partyjnych reformatorów przeciw twardogłowym i neomaoistom. Wang Meng posunął się do przyjęcia w 1986 r. stanowiska ministra kultury.
Kiedy Liu Xiaobo potępił ich tchórzostwo i obsesyjne zainteresowanie losem własnej kasty, kiedy napiętnował konfucjańską gorliwość, z jaką zabiegali o rolę doradców władzy, w kręgach literatów rozległy się protesty. Darował „mętnym” poetom, rezerwując, jak pisze znawca Chin Geremie Barmé, „najzłośliwsze uwagi dla atawistycznej literatury »korzeni «, modnej od 1984 r. wśród dobrze sytuowanych autorów i czytelników”. Te literackie trendy uważał za „groźne cofnięcie się do tradycjonalizmu”. Oskarżał ich o kompromis z państwem równy zdradzie powołania intelektualisty - jeżeli intelektualiści chcą autonomizacji sfery publicznej, winni przeciąć pępowinę łączącą ich z władzą. Za istotę owego powołania uznawał postawę krytyczną, której intelektualista winien strzec za cenę wolności, a nawet życia. Wygłaszał liczne odczyty na chińskich i zagranicznych uniwersytetach, stał się znaną osobistością. Jednak w oczach intelektualistów związanych z władzą, także „liberałów”, pozostawał nihilistą.
Liu nie chciał prowadzić działalności politycznej. Ale gdy tylko pojawił się w Chinach masowy ruch prodemokratyczny, nie zastanawiał się długo. Mimo że w 1989 r. wykładał na Columbia University, wrócił do kraju. Od przyjazdu do Pekinu niemal nie ruszał się z placu Tiananmen. W tadżypao, gazetce ściennej, przedstawiał swoje sądy często odbiegające od stanowiska studentów, którzy domagali się od partii zmiany opinii o ich ruchu, potępionym jako "kontrrewolucja" w organie KPCh "Żenmin Żypao". Pisał, że nie chodzi o to, żeby "władze nas zrehabilitowały, tylko żeby nigdy nie trzeba już było w Chinach nikogo rehabilitować". Mimo że krytykował ruch studentów, należał do nielicznych intelektualistów cieszących się wśród nich poważaniem.
Ruch 1989 r. zrobił na nim ogromne wrażenie, a entuzjastyczne poparcie okazywane studentom przez mieszkańców Pekinu przekonało go, że w Chinach narodził się nowy gatunek obywatela. - Czerwiec 1989 r. był punktem zwrotnym w moim 50-letnim życiu - mówił potem. I jeszcze: - Śmierć męczenników otworzyła mi oczy.
W przeddzień masakry 4 czerwca rozpoczął z trójką przyjaciół - Zhou Duo, Gao Xinem i Hou Dejianem - głodówkę, wierząc, że zapobiegnie represjom. Ich deklaracja odwoływała się do odwagi chińskich intelektualistów, którzy mają obowiązek "przeciwstawić się wojskowej kontroli, żądać wprowadzenia nowej kultury politycznej i odpokutować za długotrwałe tchórzostwo". Nawet w tamtych decydujących chwilach Liu zachował krytycyzm: "Największym błędem studentów było to, że pozwolili, by demokratyczny ruch stosował niedemokratyczne praktyki. ( ) Ale generalnie największe błędy widzimy po stronie władz, które lekceważą gwarantowane przez konstytucję elementarne prawa społeczeństwa".
W dniu rozpoczęcia głodówki Liu Xia - poetka i jego ukochana, której nie widział, odkąd opuścił
Chiny w 1988 r. - przyszła na plac Tiananmen, jednak nie mogli rozmawiać. Odeszła, ale nazajutrz rano znajomy przyniósł jej kasetę, na której Liu nagrał słowa pocieszenia: "Nie płacz, Liu Xia. Żyj szczęśliwie. Jeśli przyślą wojsko, nie będziemy stawiać oporu i pozwolimy się zabrać". Nawet tak bystry jak on obserwator nie przewidział rychłej masakry.
Kiedy na placu pojawiło się wojsko, Liu i jego trzej towarzysze próbowali wynegocjować pokojową ewakuację studentów. Po masakrze mógł uciec, a nawet ukryć się w mieszkaniu dyplomaty, który zabrał go do swej ambasady. Ale nie umiał pogodzić się z myślą, że będzie bezpieczny, podczas gdy towarzysze głodówki pozostaną na ulicy. Mimo stanu wyjątkowego i wszechobecnych patroli udał się na ich poszukiwanie. Jeździł rowerem po Pekinie do 6 czerwca, kiedy zatrzymała go policja. Został oskarżony o to, że był zakulisowym inspiratorem ruchu, a w oficjalnej prasie pojawiły się krytykujące go artykuły. Następne 20 miesięcy spędził w więzieniu Qingcheng, skąd wyszedł po złożeniu samokrytyki.
Havel z PekinuPo uwolnieniu porzucił literaturę, skupiając się na myśli politycznej. Odstawał od głównego demokratycznego nurtu, zbliżając się do stanowiska Vaclava Havla. Według Liu najwłaściwszym sposobem zwalczania tego, co nazywał "reżimem posttotalitarnym", było "życie w prawdzie". Nie przypadkiem Karta 08 była wzorowana na czechosłowackiej Karcie 77, żądającej respektowania międzynarodowych paktów praw człowieka. Podczas gdy większość radykalnych intelektualistów - sam Liu przed 4 czerwca też - zachęcała swych kolegów, by starali się o wprowadzenie gwarantujących niezależność wysokich standardów akademickich, Liu podkreślał znaczenie etyki: "Aby trzymać się minimum, jakim jest uczciwość w życiu codziennym, nie trzeba wiele odwagi, szlachetności, sumienia ani mądrości. Postawa taka niekoniecznie wymaga wysokiej ceny osobistej ( ), wymaga tylko powstrzymania się od publicznego kłamstwa, od kłamstwa dla przetrwania, kiedy władza stosuje taktykę kija i marchewki". Gdyby wszyscy Chińczycy zaczęli mówić prawdę, byłoby to "śmiertelnym zagrożeniem dla ustroju zbudowanego na kłamstwie".
W słowach tych pobrzmiewa wyraźna havlowska nuta. Liu toczy spór z tymi uczonymi, którzy dowodzą, że demokracja jest ustrojem umożliwiającym różnym grupom przedstawianie swego stanowiska i obronę własnych interesów. Pisał: "Tylko dzięki szerokiej mobilizacji na gruncie etyki ruch demokratyczny 1989 r. stał się społecznym ruchem przemian i zrodził tyle nadziei".
Coraz liczniejsi chińscy i zagraniczni przyjaźni demokracji analitycy zaczynali patrzeć krytycznie na ruch 1989 r., dochodząc do wniosku, że spowodował on "wielki krok wstecz" - że czas "pożegnać się z rewolucją". Liu podkreślał natomiast, że był to kamień milowy współczesnej historii Chin: "Z jednej strony zachwiał on poważnie fundamentem ustroju - dokonany przez Denga Xiaopinga w 1992 r. objazd południowych Chin, po którym nastąpiła druga reforma gospodarcza, był niewątpliwie próbą odrobienia ogromnych strat, jakie poniósł reżim, a także odbudowy własnego prestiżu po masakrze 4 czerwca. Z drugiej strony, choć za jakże wysoką cenę, zapoczątkował nową epokę świadomych swych praw obywateli - wraz z obudzeniem się tej świadomości nieunikniony był rozwój ruchu obrony praw obywatelskich".
Ruch 1989 r. uzmysłowił mu, że Chińczycy nie są już "masami", które Mao mógł mobilizować do woli. "Wielkość ruchu demokratycznego 1989 r. - pisał - polega na tym, że ujawnił on odwagę, poczucie sprawiedliwości i ducha poświęcenia milczącej większości". Po 4 czerwca doszedł do wniosku, że demokratyzacja wymaga nie tylko poświęceń ze strony świadomych intelektualistów, lecz także zaangażowania zwykłych obywateli - bo kiedy społeczeństwo wywiera presję na przywódców, ci "zmuszeni są do ideologicznych korekt i częściowych reform systemowych".
Ustawiło go to na kolizyjnym kursie z większością intelektualistów utyskujących na „niską jakość” chińskiego społeczeństwa, zarazem bardzo zainteresowanych posadami rządowych doradców. Nie wahał się potępić owej „filozofii świni”, typowej wedle niego dla samozwańczych „elit”. Powtarzał: „Elity głównego nurtu broniły oficjalnego stanowiska: »najważniejsza jest stabilizacja «, »najważniejsza jest gospodarka «”. I wyjaśniał: „Trudno dziś sobie wyobrazić, by klasa społeczna, która tyle władzy zawdzięcza i jest od niej zależna - prywatni przedsiębiorcy i elity kulturalne - zechciała ryzykować swą pozycję z moralnych powodów. Jednak bez spontanicznego zaangażowania elit niemożliwe jest zapoczątkowanie oddolnego proreformatorskiego ruchu społecznego”. W interesie elit jest zachowanie status quo: „Szerzący się wśród chińskich elit hedonizm, wynoszący ponad wszystko gospodarkę”, jest skutkiem „poddania się zinstytucjonalizowanemu terrorowi”.
W latach 90. chińscy intelektualiści doszli do wniosku, że obsesyjne przemawianie w imieniu społeczeństwa i "poczucie misji" ustąpić winny dążeniu do zawodowej kompetencji. Uważali, że tylko tak przystosować się mogą do wymogów XXI wieku. Liu był odmiennego zdania: "W Chinach niemal każdy ma odwagę kwestionować etykę, ale bodaj nikt nie ma dość odwagi cywilnej, by zakwestionować rzeczywistość". Otwarcie krytykował "liberalnych intelektualistów" potępiających ruch 1989 r. Ostrzegał tych, którzy uważają się za "kulturowych konserwatystów": "Przeoczyliście odmienne znaczenie konserwatyzmu na Zachodzie, gdzie istnieje długa tradycja liberalizmu, i w Chinach, gdzie jej nigdy nie było". Według niego wszystkie owe teorie były wymówką dla tych, którzy nie mieli odwagi sprzeciwić się tyranii. Tych, którzy wyrafinowanymi teoriami tłumaczą bierność wobec reżimu (o którym mają skądinąd złą opinię), surowo potępiał.