Tydzień temu z prezydenturą Kolumbii rozstał się Alvaro Uribe. Rozstał się niechętnie. Przez osiem lat rządził krajem z przekonaniem, że tylko on może ją ocalić od chaosu i rozpadu. Zmienił prawo ograniczające prezydenturę do jednej kadencji, wystartował ponownie w wyborach i wygrał je, przekonawszy rodaków, że na dokończenie dzieła musi mieć kolejne cztery lata. Po dalszych trzech spróbował przedłużyć rządy kolejną zmianą konstytucji - w drodze ludowego plebiscytu. Nawet jego zwolennicy odwodzili go od tego zamiaru. Kiedy sprzeciwił mu się trybunał konstytucyjny, Uribe złożył berło.
Odchodzi z blisko 80-procentowym poparciem, jako najpopularniejszy prezydent kraju w dziejach. Nie bez powodu.
Państwo upadłe Osiem lat temu rząd Kolumbii rządził połową kraju, tylko w dużych miastach. Wiejska połowa - ogromne obszary lasów, gór i stepów - pozostawała pod władzą zwalczających się armii nieregularnych. U zarania lewicowe FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii) i ELN (Armia Wyzwolenia Narodowego) oraz walczące przeciw nim samozwańcze paramilitarne szwadrony AUC (Zjednoczone Oddziały Samoobrony Kolumbii) wyrzynały się wzajemnie, terroryzując mieszkańców wsi. Armia regularna walczyła na trzech frontach jednocześnie, chociaż wielu jej dowódców potajemnie wspierało prawicowe prywatne wojska AUC. Między miastami kraju ustał ruch kołowy, bo na drogach czatowały oddziały terrorystycznych armii porywające ludzi dla okupu i biorące haracz.
Straszna wojna
Koszty wojny domowej są bardzo trudne do oszacowania. Według różnych danych w ciągu ostatnich 25 lat zginęło w walkach, wskutek mordów i zbiorowych rzezi
300 tys. osób
Co najmniej 3-3,5 mln uciekło lub zostało wygnanych ze swoich siedzib.
FARC miały w całym kraju 20-30 tys. zbrojnych zgrupowanych w 100 tzw. frontach. Paramilitarni mieli wojsko podobnie liczne. W kilkuset gminach państwa nie było latami ani burmistrza, ani policjanta. Obie terrorystyczne armie były bezlitosną władzą, podejrzenia o sprzyjanie przeciwnikowi karały rzeziami całych wiosek.
Żyły z kokainy, której produkcję z chłopskich upraw krzewów koki oraz szmugiel do
USA i Europy przejęły od gangów i karteli narkotykowych, a także z haraczów i okupów pochodzących od farmerów, hodowców, przedsiębiorców. Dzięki miliardom z kokainy obie armie broni miały w bród. Coraz śmielej wkraczały do dużych miast. Kiedy Alvaro Uribe obejmował urząd w 2002 r., na pałac prezydencki w Bogocie spadły bomby FARC. Zginęło 19 osób.
Państwu woda sięgała pod brodę. Coraz bardziej bezradny rząd w latach 1998-2002 próbował wypertraktować rozejm i pokój z FARC, ale partyzanci zwodzili go długo, a w końcu okpili, rozbudowując pod osłoną rokowań siły i poszerzając kokainowe zaplecze.
W tym samym czasie komendanci coraz potężniejszej paramilitarnej armii AUC, opłacani przez właścicieli ziemskich i skrycie wspierani przez armię rządową, przejmowali majątki wypędzanych chłopów i lokalną władzę w wielu departamentach. Dzięki grabieżom i mordom przez ostatnie 20 lat zagarnęli 6 mln hektarów ziemi, setki tysięcy sztuk bydła oraz tysiące farm i firm. Paramilitarna ośmiornica była u szczytu potęgi i też sięgała po władzę, tyle że od środka, poprzez instytucje państwa.
Najwyżsi komendanci AUC Carlos Castano i Salvatore Mancuso chełpili się, że mają w kieszeni jedną trzecią posłów i senatorów w Bogocie, nie licząc gubernatorów, burmistrzów, radnych, sędziów, prokuratorów, policjantów w co najmniej 12 z 33 departamentów kraju, dzięki czemu wygrywali przetargi publiczne, przejmowali przedsiębiorstwa i sterowali wyborami.
Po roku 2001 paramilitarni zaczęli zawierać tajne pakty z cywilnymi władzami prowincji. Politycy w zamian za poparcie komendantów w wyborach zobowiązywali się do wspierania ich planów przejęcia władzy w przyszłości oraz oddawania im części budżetów.
Najsławniejszy taki pakt zawarli ze 100 politykami prowincji: Córdoba, Bolivar, Magdalena i Sucre, na rok przed wyborami prezydenckimi w 2002 r., Salvatore Mancuso i kilku jego najsilniejszych dowódców. W tzw. pakcie z Ralito napisali: "Naród Kolumbii, wzywając Bożej Opieki oraz mając na celu umocnienie jedności Narodu, a także zapewnienie mu prawa do życia, współżycia społecznego, pracy, sprawiedliwości, równości, wiedzy, wolności i pokoju, powierza nam dziś misję zbudowania na nowo naszej ojczyzny, podpisania nowej umowy społecznej". Podobne spiski zawiązywano w innych regionach. Jednak wówczas Kolumbijczycy nie wiedzieli jeszcze, jak blisko było do przechwycenia państwa przez wewnętrzne państwo bandyckie.
Paramilitarni zapewne wpłynęli na wynik wyborów prezydenckich w 2002 r., do których stanął niespodziewanie pozapartyjny były gubernator i senator prowincji Antiochia Alvaro Uribe. Jego ojca 25 lat wcześniej zamordowali farkowcy. Uribe, kiedy startował, miał 1-2 proc. poparcia. Kampanię poprowadził pod hasłami obrony państwa przed korupcją i politykierstwem tradycyjnych partyjnych elit. Mówił, że wojnie domowej państwo musi stawić czoło, a nie biadolić. Sprzeciwiał się rokowaniom z FARC. Z pewnością głosowało na niego wiele milionów przerażonych stanem kraju obywateli, ale i tak na lewicy ogłoszono go prezydentem paramilitarnych bandziorów.
Do rządzenia prezydent wziął się z rozmachem i niepowstrzymaną energią. Rozbudował armię, którą dofinansował z dodatkowego podatku od majątku, i posłał ją przeciw FARC na wojnę - aż do zwycięstwa.
Rokowania pokojowe podjął za to z paramilitarnymi. W zamian za złożenie broni, demobilizację 30-tysięcznej armii, wyznanie zbrodni przed prokuratorami oraz oddanie zagrabionych majątków na poczet odszkodowań dla ofiar terroru zaproponował im nadzwyczajne łagodne kary - maksimum osiem lat więzienia. Ustawa o sprawiedliwości i pokoju wzbudziła protesty przeciwko pobłażliwości wobec notorycznych zabójców, ale prezydent przekonał posłów i obywateli, że częściowa sprawiedliwość jest lepsza niż żadna i że jest to cena warta zapłacenia za rozbrojenie jednej ze stron wojny domowej.
Paramilitarni idą do mamra Komendanci przyjęli ofertę, poddali się i zdemobilizowali swoją armię. Przez dwa lata zeznawali przed prokuratorami, skwapliwie ujawniając, jak daleko sięgały ich macki, kto i od kiedy był ich klientem. Jednak w wyznawaniu, jakie zbrodnie popełnili, byli oszczędni, a w oddawaniu majątków oporni. Liczyli, że rząd im odpuści.