Motywowana ideologią lub naciskami grup interesu ingerencja państw w energetykę może przynieść zarówno światowej gospodarce, jak i ekologii więcej szkód niż pożytku
20 lutego 2008 r. cena ropy naftowej po raz pierwszy w historii przekroczyła 100 dol. za baryłkę. Na giełdzie New York Mercantile Exchange kontrakty na następny miesiąc osiągnęły cenę 101,32 dol. za baryłkę. Potem spekulanci handlujący kontraktami na ropę jakby się przestraszyli i przez miesiąc ceny wahały się wokół 100 dol. A w kwietniu zaczęły znów rosnąć, przekraczając kolejne historyczne granice.
11 lipca baryłka osiągnęła cenę 147,27 dol., po czym zaczęła szybko tanieć. Świat odetchnął z ulgą, ale tylko na chwilę. Ceny ropy spadały, gdyż zamiast kryzysu energetycznego musimy się mierzyć z globalnym kryzysem finansowym. Gdy jednak pojawią się sygnały stabilnego ożywienia, ropa znów zacznie drożeć. Chyba że kryzys gruntownie zmieni fundamenty światowej gospodarki.
Gąszcz ideologii i interesów Trzeba jasno powiedzieć - w ciągu najbliższych 20 lat dotychczasowe źródła surowców energetycznych: ropy naftowej, gazu, węgla nie wyczerpią się. Nawet jeśli świat powróci do tempa wzrostu sprzed kryzysu, a Chiny i Indie nie wprowadzą bardziej energooszczędnych technologii, które zahamują ich popyt na surowce, znane dziś zasoby wystarczą do jego zaspokojenia.
Dyskusje o energetyce zanurzone są w gęstym sosie ideologicznym i podlegają naciskom potężnych grup interesu. Nawet dane dotyczące kosztów produkcji energii z poszczególnych źródeł różnią się w zależności od tego, kto je podaje. Ekologowie z reguły nie podają informacji, że technologie odnawialne są często szkodliwe dla środowiska naturalnego. Na przykład baterie słoneczne zawierają mnóstwo trujących metali, których produkcja i składowanie bardziej szkodzą środowisku niż gazy cieplarniane.
Nagminnie pomijają też fakt, że produkcja surowców dla biopaliw nie tylko degraduje przyrodę, ale też jest wyjątkowo energochłonna. A to znaczy, że energetyczny efekt netto jest niewielki.
Z jednej strony są interesy tradycyjnych korporacji energetycznych pragnących utrzymania status quo, z drugiej farmerów, którzy produkują surowce na biopaliwa.
Z konserwatywną ideologią broniącą tradycyjnego, konsumującego masę energii stylu życia walczy ideologia ekologów, równie odpornych na rzeczowe argumenty jak konserwatyści. Wreszcie są interesy i poglądy żyjących z pieniędzy podatników organizacji rządowych i pozarządowych, coraz potężniejszych, często z założenia przeciwnych rozwiązaniom rynkowym.
I jest wolny rynek, który na razie wybiera tradycyjne formy energetyki. Elektrownie oparte na energii nuklearnej, węglu, gazie ziemnym produkują taniej niż elektrownie wiatrowe lub słoneczne zachwalane przez ekologów. Gdyby energetyka odnawialna była tańsza - jak podają fundacje i stowarzyszenia ekologów - byłaby rozwijana przez prywatne inwestycje.
W Europie i Stanach Zjednoczonych, gdzie biopaliwa są coraz powszechniejsze, państwo do nich dopłaca, jednocześnie nakładając na paliwa tradycyjne podatki. Dotuje się energię wiatrową, która zresztą ma wiele wad, i pomysły oparcia gospodarki na tym źródle propagowane przez ekologów są mało realne.
Coraz głębsza ingerencja państw w sferę energetyki rodzi pytanie: czy na pewno decyzje będące wypadkową
gry interesów i ideologii są bardziej racjonalne od decyzji rynku?
Ekologiczny Barack Obama "Zmiana" była kluczowym słowem kampanii wyborczej obecnego prezydenta
USA. Dotyczyć miała wielu dziedzin, w tym podejścia rządu do energetyki i ekologii. Te dwie dziedziny wymieniane są przez Demokratów jednym tchem. W swym programie wyborczym Obama obiecał:
Dokonać 150-miliardowych inwestycji, które w ciągu dziesięciu lat stworzą 5 mln nowych miejsc pracy w energetyce przyjaznej dla środowiska.
W ciągu dziesięciu lat wymusić na amerykańskiej gospodarce oszczędniejsze zużycie ropy naftowej, co pozwoli uniezależnić USA od importu ropy z Bliskiego Wschodu i Wenezueli.