Nie tak dawno w "Polityce" Piotr Sarzyński objaśnił nam dziesięć powodów, dla których nie pojechał do Wenecji, by obejrzeć 54. Biennale Sztuki. Zamiast relacji z tegorocznych wydarzeń otrzymaliśmy więc spisany w punktach rejestr wszystkiego, co Autora w dzisiejszej sztuce drażni, zawodzi i zniechęca. Sarzyński nie lubi instalacji montowanych ze wszystkiego, co znajdzie się pod ręką, sal projekcyjnych z setkami monitorów, multiplikacji, przeskalowania, komentarzy przemawiających w imieniu dzieł sztuki, brzydoty, pospolitości, banału i nudy; nie lubi nadmiaru, który jest niezbywalnym elementem wielkich imprez, i nie lubi mechanizmów art worldu, które "stają się ważniejsze od przesłań samej sztuki".
W podobnym duchu - niczym lustrzane odbicie - na łamach "Gazety Wyborczej" odpowiedziała Dorota Jarecka. W tekście zatytułowanym "Dlaczego pojechałam na weneckie Biennale" dowodzi, że pojechać warto, by "wykorzystać platformę międzynarodową" do głoszenia własnych poglądów. Jarecka lubi, gdy sztuka staje się deklaracją polityczną - i to jest jej dobre prawo. Podobnie jak dobrym prawem Piotra Sarzyńskiego było zostać w Warszawie.
Obie strony użyły mocnych słów. Sarzyński pisze o "robieniu w trąbę", Jarecka piętnuje "populizm" adwersarza i "bojkot weneckiego Biennale przez największy polski tygodnik". I już miałam napisać, że ta wymiana ciosów jest doskonałym punktem wyjścia do debaty nad obecnym stanem sztuki, gdy nagle spośród papierów na biurku wysunęła się broszurka reklamowa MOCAK-u, nowo otwartego Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. Otwieram - trafiłam na wywiad z dyrektor Marią Anną Potocką. Wywiad programowy, credo młodej instytucji.
- Co zbieracie? - pyta dziennikarka. - Czy na przykład kupujecie prace, które są uznane, wartościowe, ale się wam nie podobają?
- Termin "podoba się" jest podejrzany - wyjaśnia Potocka. I wyznaje: - Jeżeli coś mi się podoba w sposób oczywisty, to zaczynam podejrzewać, że trafia w konserwatywną część mojej osobowości.
Zaimponowała mi ta samokrytyka. Jest to postawa godna czasów, które - wydawałoby się - dawno przeszły do historii: zaparcie się własnego sądu w imię wyższych, "obiektywnych" konieczności. Wizyta w MOCAK-u nie pozostawia wątpliwości - progresywna część osobowości Dyrekcji wygrała w cuglach, konserwatywna - mówiąc w stylistyce minionej epoki - została przezwyciężona. Pokazane na otwarciu prace z kolekcji muzeum istotnie nie mogą się podobać; zbiór ten robi wrażenie przygnębiające.
Jako deklaracja programowa nowego muzeum wypowiedź taka ma swoje skutki w rzeczywistości. Wpływa na charakter zbiorów, zakreśla granice, w jakich dokonywane są wybory. Jeśli jednak potraktujemy ją jako wyznanie krytyka sztuki, jej konsekwencje okażą się znacznie poważniejsze. Stawką nie jest tu już zawartość muzealnego magazynu, gra toczy się o coś więcej - o stan świadomości osób, które pracują dziś nad wytwarzaniem kapitału symbolicznego. I jeśli starcie między "Polityką" a "Gazetą Wyborczą" miałoby otworzyć debatę nad "obecnym stanem" czegokolwiek, to debata ta powinna dotyczyć nie tyle obecnego stanu sztuki, ile obecnego stanu krytyki artystycznej. Przy czym figurę "krytyka" należy tu traktować umownie, jako pars pro toto całej grupy osób, które na scenie sztuki zajmują się polityką kulturalną.
Krytycy często bywają pytani o kryteria oceny, o narzędzia, które służą im do odróżniania prac dobrych od słabych, ciekawych od nieciekawych, tych, które są sztuką, od tych, które są tylko do sztuki podobne. To od nich bowiem - od ich wyborów i interpretacji - zależy kształt sceny artystycznej. To oni - mając do dyspozycji łamy gazety lub przestrzeń ważnej instytucji - decydują, co znajdzie się w centrum uwagi, a co pozostanie na marginesie. Teraz, gdy w każdej niemal dziedzinie konsumpcja stała się istotniejsza niż produkcja, to oni rządzą rosnącą grupą „konsumentów kultury”. Skąd wiedzą, że coś
jest lepsze? Kwestia smaku Od Kanta aż do Herberta, i dalej jeszcze, do dzisiaj - kategoria smaku przydaje się w chwilach wyboru. Krytykowana jako zbyt intelektualna, chłodna i zdystansowana, napiętnowana jako przywilej klas wyższych, niedostępny dla ludu pracującego miast i wsi, jest nadspodziewanie odporna na sezonowe mody intelektualne. Potrafi się przyczaić - i wyskakuje zza węgła w zupełnie nowej postaci, na przykład w formie kampu. Nie kryje się ze swoim elitaryzmem, za nic ma ideologie i jedynie słuszne poglądy. Przyznaje prawo do indywidualnych upodobań, do kpiny i do kontemplacji, ceni odwagę i niezawisłość sądu, polot i wyobraźnię. Przynosi ze sobą romantycznego ducha przygody i poczucie wolności; wróżę jej jeszcze długie życie.
W tekście Piotra Sarzyńskiego kategoria ta pojawia się jako argument zasadniczy, i to w swojej najbardziej klasycznej postaci: "To sprawa smaku ( ) który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo" - mógłby powtórzyć za poetą. Jak u klasyków piękno wiąże się tu z dobrem i prawdą, brzydota pociąga za sobą zakłamanie i zło. Kwestie estetyczne przechodzą płynnie w etyczne - poczucie niesmaku dotyczące prezentowanej na Biennale sztuki przekłada się na obrzydzenie do mechanizmów art worldu, w którym autor "wyczuwa nieczyste intencje".
Napisałam, że Dorota Jarecka lubi, gdy sztuka staje się deklaracją polityczną. A jednak w swoim tekście o Biennale unika określeń z dziedziny smaku, zwłaszcza tam, gdzie jest mowa o deklaracjach politycznych, które przynosi sztuka. Czytamy: "warto zawalczyć", "trzeba przypomnieć", "wykorzystać platformę międzynarodową", "pojawić się w dyskusji", "na forum międzynarodowym widać z całą ostrością" - tak jakby autorka rezygnowała z osobistych wyborów na rzecz obiektywnych konieczności.
Dla równowagi otrzymujemy też (na zakończenie) kilka określeń wartościujących według kategorii smaku: "fantastyczny film", "piękne obrazy", "świetna instalacja". Dowiadujemy się także, że egipski bojownik o wolność Ahmed Basiony był "również całkiem dobrym artystą" (można wnioskować, że gdyby nie zginął, nie trafiłby na Biennale). I moglibyśmy się zastanawiać, czy autorka posługuje się chętniej kryterium smaku, czy kryterium użyteczności, lecz - jak się okazuje - nie ma to większego znaczenia. "Dla krytyka ( ) nie jest ważne, czy jest zależny, czy niezależny, czy przypisany jest do takiego, czy śmakiego środowiska, czy pisze do takiej, czy srakiej gazety. Ważna jest świadomość celu, jaki chce osiągnąć wespół z innymi uczestnikami światopoglądowej
gry, celu, którym jest społeczna zmiana" - naucza Igor Stokfiszewski.
Te zalecenia dotyczą wprawdzie krytyki literackiej ("Magda M. polskiej krytyki" w tomie "Polityka literatury"), ale ich uniwersalny charakter nie budzi wątpliwości - kto skupia się na "upartej wierze w indywidualizm", na "intuicyjnym widzimisię, guściku, estetyce", ten tkwi po uszy "w przedziwnej mieszance romantyzmu, religijności i innych lirycznych zabobonów, nieprzystojących cywilizowanemu światu". Oto nasze nowe, jasne zasady: kategoria smaku nie wchodzi w grę. Ma zostać wyparta i wymazana z pamięci.
To zła wiadomość dla kolekcjonerów, którzy mają zwyczaj wybierać swobodnie, słuchając własnych upodobań. Jeszcze gorsza dla miłośników sztuki, którzy, jak sama nazwa wskazuje, sztukę po prostu lubią. Na przykład lubią ją za to, że nie mówi wprost, że ma w sobie trochę tajemnicy, że bywa niespodzianką i zaskoczeniem. Albo za to, że spotyka się z nimi na poziomie emocji, nie słów.
Wielki projekt dydaktyczny W MOCAK-u pod każdym dziełem wisi tabliczka 15x20 cm, a na niej - jak w szkole - wyjaśnienie,
co artysta chciał przez to powiedzieć. „Artysta nie do końca wie, jaką treść chciał wyrazić, nie jest ona ułożona w słowach, jest przeczuciem” - twierdzi Potocka i tych słów dostarcza nam z całą bezwzględnością. Znika przyjemność, jaką miewamy, stając naprzeciw zagadki, znika poczucie, że autor mówi tylko do nas. Teraz interpretacja jest jedna - i, niestety,
jednakowa dla wszystkich. „MOCAK zamierza inicjować i wspierać działania prowadzące do stworzenia nowej grupy odbiorców” - czytamy na stronie muzeum. Przy odpowiedniej dawce dydaktyki projekt ten ma spore szanse: nowa grupa odbiorców zostanie sformatowana jak należy i nikt już nie zbłądzi, nie zada niewygodnych pytań.
Doskonale sobie przypominam pierwsze wrażenie - komiczne i absurdalne zarazem - gdy w ICA w Chicago przeczytałam komentarz pod obrazem Uklańskiego. Obraz był abstrakcyjny: wielkie koło, sposobem Andrzeja Szewczyka wypełnione spiralnie strużynami z czerwonej kredki. W wyjaśnieniu spisano historię zachodów słońca od zarania dziejów, ze szczególnym uwzględnieniem impresjonistów. Nie pamiętam, czy podano dokładnie, "co autor miał na myśli"; chyba było coś o dekonstruowaniu tradycji pejzażowej...
Powie ktoś, że można nie czytać; ktoś inny - że można czytać i się nie zgadzać. Można, oczywiście. Ale tresura działa; wiadomo, że napisy są do czytania, a autorytety po to, by ich słuchać. Oto odwet intelektu nad sztuką, powiedziałaby Susan Sontag. To przemoc symboliczna, poprawiłby ją Pierre Bourdieu. A wolność?