Kilka dni temu zostałem zaproszony przez redakcję do zabrania głosu w dyskusji, jaką wywołał „<a class=c1n href="http://wyborcza.pl/1,97863,9806285,List_otwarty_do_partii.html">List otwarty do partii</a> ” Sławomira Sierakowskiego („Gazeta Świąteczna”, 18 czerwca). Temat - polski system partyjny i demokracja - wydał mi się znajomy, a ponieważ niektóre tezy Autora wydają się kontrowersyjne, pozwalam sobie skreślić kilka uwag.
Po przeczytaniu wielowątkowego i dość emocjonalnego tekstu Sierakowskiego można albo zadać sobie niezbyt przyzwoite pytanie: No i co z tego?, albo kierując się emocjami, zastanowić się, komu należy za to przyłożyć. No i z tym ostatnim jest problem, bo nie wiadomo komu.
Tekstu rozpoczyna się od zarysowania całkiem realnych, ale też nieco wydumanych problemów współczesnych systemów partyjnych i samych partii. Bardzo szybko jednak myśl autora ucieka w kierunku problemów demokracji w ogóle, globalizacji, wojen kulturowych, populizmu, apatii, ogłupiających efektów mediów, a gdy pojawiają się wieszcze tej miary co Miłosz i Dostojewski, zakropieni dekonstruktywistycznym/fenomenologicznym wglądem w istotę irradiacji emanującej z bytów wszelakich czytelnik zaczyna się gubić.
W natłoku cytatów i - bardzo wielu - przywołań trafnych i znanych obserwacji o współczesnym świecie nie jestem w stanie wytropić przyczynowości. A skoro to apel do partii, to rozumiem, że mamy zmierzyć się z rzeczywistością. Co z czego wynika? Co jest determinantą, a co skutkiem? W jakim kontekście opisywane zjawiska rzeczywiście stanowią problem, a w jakim sprzyjają osiąganiu założonych celów społecznych niestety, na ten temat odnajdujemy niewiele. A to ważne, bo jakkolwiek - w uproszczeniu rzecz jasna - by patrzeć na ostatnie stulecie, to właśnie szacunek dla ludzkiego rozumu, racjonalność, kalkulacja, tropienie przyczyn w całej ich złożoności przyczyniły się do wielu udanych przedsięwzięć reformatorskich.
Zabetonowanie? Przez jedną kadencję? Powróćmy jednak do pierwotnej tezy Sierakowskiego - „
obserwujemy koniec systemów partyjnych w postaci, w jakiej trwają obecnie". W największym skrócie powiedzmy tak: politologiczna refleksja nad stanem systemów partyjnych wskazuje, że od zarania są poszukującymi równowagi podsystemami społecznymi, a ich formy zawsze ewoluowały od elitarnych, poprzez masowe, via tzw. catch-all, po obecnie nazywane kartelowymi (za chwilę o tych ostatnich więcej). Co więcej, ich konkretne formy i ewolucyjne zmiany były zależne od formalno-instytucjonalnych rozwiązań, głównie ordynacji wyborczych, a z drugiej - tradycji historycznych, kultury politycznej etc. Inaczej rzecz ujmując i nie zanudzając czytelnika akademickimi szczegółami, ogromna różnorodność współczesnych systemów partyjnych nie pozwala na żadne uniwersalne oceny; jedne funkcjonują dobrze, inne - gorzej, a w każdym razie inaczej.
Inna teza - „
zabetonowanie systemu partyjnego w Polsce" - a mowa tu o - słownie - czterech latach tej samej konfiguracji partyjnej (PO,
PiS, SLD,
PSL). I to zresztą jedyny element stały, bo większość innych istotnych parametrów polskiego systemu partyjnego jest niezwykle płynna - skok frekwencji między 2005 a 2007 r. o jedną trzecią (z 40 na 54 proc.), „chwiejność wyborcza" (miara zmiany poparcia partii w kolejnych wyborach) jest nadal astronomicznie wysoka (25 proc. na poziomie zagregowanym i aż 35 proc. na poziomie indywidualnym). By była jasność, tak wysoka chwiejność wyborcza to nic, czym można by się chwalić, ale też jest dobitnym wskaźnikiem, że mowa o „zabetonowaniu" to nieporozumienie. Bo wtedy jak można by nazwać powojenną dominację partii demokratyczno-liberalnej w Japonii przez prawie pół wieku, cztery dekady dominacji szwedzkiej socjaldemokracji czy prawie dwudziestolecie dominacji brytyjskich konserwatystów za rządów Thatcher i Majora?
I tu dochodzimy do prawdziwego problemu współczesnej demokratycznej, elektoralnej polityki, na co zwracają uwagę zwłaszcza politolodzy zajmujący się ekonomią polityczną. Czteroletnie cykle wyborcze, realnie skrócone do trzech lat prawdziwego rządzenia i rokiem autoprezentacji dokonań, to rozwiązanie nieprzystające do wyzwań współczesności. Powody, dla których politycy, konstytucjonaliści i społeczeństwa trwają przy tym rozwiązaniu, wykraczają poza ramy niniejszego tekstu, choć z pewnością warto o nich dyskutować - podobnie jak w ogóle o uporze, z jakim sfera polityczna trwa przy chybionych rozwiązaniach instytucjonalnych.
Wyborcom w Polsce o coś jednak chodzi Wracajmy jednak na polskie podwórko. Ostatnie sześć lat polskiej polityki, propozycja IV RP oraz styl sprawowania rządów przez PiS oraz odsunięcie tej partii od władzy przez najwyższą mobilizację społeczną ostatniego dwudziestolecia, to świadectwo ogromnego zaangażowania Polaków w to, co się wokół nich "politycznie" dzieje. Problem w tym, że jest to zaangażowanie reaktywne i niejako negatywne. Tym niemniej - i odnosząc się do tezy o braku wyboru - dla wielu z nas (w uproszczeniu) państwo PO i państwo PiS to dwa odmienne światy. Partie te różnią się ogromnie nie tylko stylem.
PiS bywa przez wielu wręcz nazywane „partią antysystemową", a to pojęcie dość dobrze znane współczesnej politologii. Dowodów na antysystemowość jest wiele, począwszy od nieuznawania przez jego lidera demokratycznych instytucji państwa, po próbę dokonania zmiany ustrojowej po 2005 roku - wprowadzenie w życie IV RP. Przypomnijmy, w jakich to było okolicznościach. W roku 2005 PiS wygrało wybory wynikiem 27 proc. przy 40-proc. frekwencji, a więc miał poparcie około 10,5 proc. uprawnionych do głosowania. Miał największe poparcie, więc nikt nie kwestionował jego uprawnień do administrowania i rządzenia krajem. Jest rzeczą oczywistą, że tak słaba legitymacja społeczna nie uprawniała do zmian natury konstytucyjnej. To dlatego do tej pory, A.D. 2011, lider tej partii cieszy się mniej więcej 55-proc. nieufnością Polaków, zazwyczaj niemal o 20 proc. większą niż pozostali politycy, którym się nie ufa - a to dobitny dowód na to, że jednak Polakom o coś chodzi w tym,
jak polityka jest uprawiana.
Ale nasze cztery partie parlamentarne różnią się także bardzo wyraźnie programami czy konkretnymi aspektami polityk sektorowych. Polska PO i Polska PiS to inna polityka zagraniczna, inne alianse tejże, to inna koncepcja strategiczna rozwoju regionów, to inna wizja rozwiązań polityki energetycznej, inna koncepcja służby zdrowia by wspomnieć tylko te najważniejsze. Pozostałe dwie partie - SLD i PSL - także proponują w niektórych kwestiach rozwiązania podobne, a w niektórych znacząco odmienne. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że nadal ten polityczny spread mieści się (czy wręcz jest narzucany) przez siłę międzynarodowego kapitału, mechanizmy globalizacji itd. Ale czy kiedyś było inaczej?
Owszem, silnie zideologizowane w pierwszych dekadach po II wojnie światowej programy partyjne uległy pewnej konwergencji, ale stało się to dlatego, że liberałowie i konserwatyści Zachodu uznali funkcjonalność welfare state, choć jego bardzo różnych odmian, a lewica przekonała się, że dominacja państwowego planu jest czymś gorszym niż cywilizowane formy zarządzania i rynek.
Na kontynencie europejskim istnieją w tym względzie ogromne różnice; od różnych odmian kapitalizmów przedstawianych w literaturze jako "liberalna" gospodarka rynkowa (zwana LME) i "koordynowana" gospodarka rynkowa (CME), po modele państw dobrobytu. Ostatnio publikowane prace dowodzą czegoś jeszcze istotniejszego, a mianowicie, że nawet wśród mniej rozwiniętych krajów Europy Środkowo-Wschodniej zasadnie można wyróżnić trzy jego odmiany: właśnie model koordynowany czy korporacyjny (Słowenia), rynkowo-liberalny (kraje bałtyckie, zwłaszcza Estonia) i kraje wyszehradzkie, dla których używane są różne przymiotniki. I choćby w przypadku Słowenii nie można sądzić, że uległa ona niekontrolowanym wpływom monstrualnego kapitału międzynarodowego i to z pewnością nie z powodu militarnej siły Słowenii.
Zmowa? PO z PiS? Kartel. W tekście Sławomira Sierakowskiego pojawia się niemal jak inwektywa wobec polskiego systemu partyjnego. Pojęcie znane głównie z ekonomii, ale jest używane przez politologów odnośnie nie tyle systemów partyjnych, co partii (Richard S. Katz i Peter Mair w słynnym artykule z 1995 roku opisali proces - kolejnej już - ewolucji partii w kierunku właśnie kartelizacji. Przez proces ten rozumieli nie tyle tendencję do zamykania systemu i niedopuszczania doń nowych podmiotów, ile proces przesuwania się partii od społeczeństwa obywatelskiego w kierunku państwa).
Ma rację Sierakowski, przypisując część odpowiedzialności za ten stan rzeczy w Polsce wprowadzonemu na początku dekady nowemu prawu finansowania partii, ale nie ma racji, gdy uważa, że mamy do czynienia z kartelizacją samego systemu partyjnego, w którym istnieje zmowa partii parlamentarnych przeciw nowym. Jaki to kartel, w którym jedna z partii proponuje likwidację takiego właśnie finansowania, a inne przy nim obstają? Jaka to zmowa kartelowa, w której jedna z głównych partii, PO, uparcie (moim zdaniem kompletnie błędnie) chce wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, a druga, PiS, całkiem sensownie proponuje zmianę na ordynację mieszaną typu niemieckiego?
Tak kartele nie działają.
Problem poruszany przez Sierakowskiego -
zanik rzetelnej debaty publicznej, jakościowych programów partyjnych etc. - jest problemem realnym, ale nie widzę tu związku z systemem partyjnym, zwłaszcza jego domniemanym „zabetonowaniu", który w obecnej postaci działa - przypominam - dopiero cztery lata. Ci którzy się starają, a im się nie udaje wejść do parlamentu, nie odnoszą sukcesu nie ze względu na zmowę tych, co już są w parlamencie, ale dlatego, że brak im wyrazistego pomysłu programowego, niezbyt trafnie identyfikują elektorat, a co ważniejsze Polacy nie mają przekonania, iż partie te są w stanie skutecznie wpłynąć na koalicje, w których ewentualnie - jako mniejsi partnerzy - mieliby wejść.
Problem zresztą jest szerszy. Przyzwyczailiśmy się do łatwego krytykowania polityków i partii, ale mamy opory przed trzeźwą oceną polskiego obywatela. Czy jego kwalifikacje, tak istotne w demokracji - jak gotowość tolerancji odmienności, rozumienie dobra publicznego, zaufanie do otoczenia, kapitał społeczny i wiele innych - rzeczywiście wskazuje, iż problem leży tylko po stronie partii? Brak miejsca nie pozwala mi na zaprezentowanie wyników Polskiego Generalnego Studium Wyborczego świadczącego, o tym, że kwalifikacje te są żenująco niskie. Nie znaczy to, bym chciał „winić" suwerena za ten stan; jesteśmy winni wszyscy - rodzice, system edukacyjny, Kościół, a przede wszystkim media publiczne, które nigdy w dwudziestoleciu (poza pogadankami Jacka Kuronia) nie podjęły się trudu rzetelnej socjalizacji do nowego ładu politycznego.