Joanna Skiba: Co tam w przedszkolu? Olek Klepacz: Nie mamy dziś prądu, w całej dzielnicy wyłączyli. Trzeba było załatwiać generator. Już nie zdążę na aikido. Cóż, aikido odpuszczam, zwłaszcza że córce już się chyba znudziło. Najpierw był balet, potem na fali tych programów telewizyjnych o tańcu chciała iść na kurs. Pojechaliśmy we trójkę na pierwsze zajęcia: Apolonia, żona i ja. A tam panie w taaaaakich tipsach, na różowo całe w cekinach. Nie chcę, żeby moja córka tak wyglądała. Przyglądam się niekiedy tym tatusiom i mamusiom, co stroją swoje córki tak właśnie. To jakby pakować dziecko w schemat: wyszykujemy cię na laleczkę, cukiereczka, bo tylko śliczne się liczy, chłopcy cię odpakują i zjedzą, a później bekną i poszukają sobie nowego cukiereczka...
Dlatego w naszym przedszkolu nie ma różu innego niż pudrowy - takiego jak moja żona, pudroworóżowa, delikatna. Tipsów też nie wolno nosić, bo panie przedszkolanki nie siedzą za biurkiem tylko tarzają się z dziećmi po dywanie. Cekiny? Wykluczone.
I to mówi człowiek, który... - Tak, tak, miałem marynarkę z cekinów. I drugą, ze sztucznych kwiatów. Ale to był kostium, zbroja na scenę, sygnał dla publiczności, że wszystko, co widzi i słyszy to przerys, ironia - łącznie ze mną. Ale teraz się zmieniłem. Występuję głównie na czarno, nie odbijam światła, już nie muszę błyszczeć. Jedyny odpał, na jaki cierpię, to okulary. Mam ich dwie szuflady, a ostatnio znajomy dał mi pozostałości po sklepie optycznym swojego ojca - oprawki z lat 70., Niny Ricci na przykład. Cudowne! Kiedyś chorowałem na
zegarki, ale już mi przeszło. Chorowałem do tego stopnia, że za 3 tys. dolarów kupiłem w Stanach jeden z dwóch tysięcy
zegarków wypuszczonych przez firmę Atari w rocznicę powstania ich pierwszego komputera. Kiedy wciska się na nim guziczki, słychać takie same dźwięki, jak przy dawnych grach. Pamiętam, jak wróciłem do domu i pokazałem go rodzicom. Popatrzyli na mnie jak na wariata, bo to są normalni ludzie, oboje nauczyciele
Uczysz dzieci czegoś w przedszkolu? Muzyki? - Nie, chciałbym być dla naszych przedszkolaków kimś odświętnym. Nie chcę, żeby mnie oglądały, kiedy skręcam ich mebelki albo naprawiam zabawki (co oczywiście robię). Chcę być kimś, kto od święta wpada do nich np. z Tomkiem Karolakiem czy Robertem Gonerą, żeby im poczytać bajki. Chcę, żeby odbierały mnie tak jak ja mojego dziadka Serafina Rosińskiego w dzieciństwie. Był dla mnie kimś niezwykłym: w długim, czarnym płaszczu, z białym szalem, a kiedy siadaliśmy w cukierni, pytał: "Alku, jakież ciastka dziś wybierzesz?". Każdy dzieciak powinien mieć kogoś takiego.
Poza tym nie umiem robić dwóch rzeczy jednocześnie. Dlatego albo
muzyka, nagrania, zespół, albo przedszkole. Z tego powodu rzuciłem pracę pedagoga, choć uwielbiałem zajęcia z dziećmi (nienawidzę słowa: "niepełnosprawnymi") innymi. Cudownie było mieć do czynienia z ich szczerością, widzieć, jak się otwierają. Ale wykańczała mnie powtarzalność: po całym dniu pracy, kiedy wreszcie było widać jej efekty, szło się do domu, przychodziło następnego dnia, a tu po efektach nie ma śladu.I nie chciałem robić tak: kończę z dzieciakami, myję ręce, wychodzę, zapominam o nich, zajmuję się pisaniem kolejnej
piosenki albo koncertem. Albo jedno, albo drugie. Dlatego, kiedy urodziła się Apolonia, rzuciłem wszystko - nagrania, występy, pisanie - i zająłem się dzieckiem. A żona poszła do pracy. Mój urlop macierzyński trwał cztery lata, dopóki córka sama nie zaczęła mi popuszczać smyczy. Dzisiaj ma osiem lat i jestem dla niej bardziej kumplem niż tatą. Kiedy pytam: "Co masz zadane, pokaż", ona mówi: "Tata, nie wtrącaj mi się do lekcji". Ojcem, czyli tym, kto wymaga, ustala domowy porządek, jest mama.
Przez ten brak umiejętności dzielenia się nie mogę schudnąć, niestety. A powinienem. Zawsze byłem gruby, dlatego w dzieciństwie na podwórku lałem kolegów - bo mi dokuczali; potem zacząłem czytać książki i je opowiadać, a oni słuchali z otwartymi buziami. Obiecywałem sobie, że wreszcie pójdę na siłownię, przypakuję trochę, tu jakieś bicepsy, tu kaloryfery, yeah... Ale za dużo mam innej roboty.
Czytanie bajek przez aktorów, na otwarciu przedszkola koncert Majki Jeżowskiej. Nie boisz się, że wychowasz małych snobów? - Nie! Chcę pokazać dzieciom, że artysta to żywy człowiek, a nie, nieosiągalna lalka z telewizji czy kolorowego pisma.
Używam słowa artysta, choć o sobie waham się tak mówić. Artystami byli Gombrowicz, Witkacy, Szymanowski...
Zakopane?... - Zakopane. Był taki okres w moim życiu, że tam mieszkałem - przez parę lat. Byłem zafascynowany tymi peyotlami, grzybkami. Też tak chciałem. I próbowałem wszystkiego, odpadałem, było mistycznie. Dzięki temu wiem, że nie da się napisać dobrej piosenki na wsadzie. To spirala śmierci. Ale takie życie wciągnęło mnie bez reszty. Czułem się artychą. Nie było dla mnie barier. Nie da się stamtąd zjechać na nartach? Jak to się nie da? I zjeżdżałem. Nie da się zaliczyć wszystkich kobiet? Wyciągajcie liczydło. Nie da się wypić pół litra z gwinta? Tyle że po takiej ilości wódki na jeden raz człowiek traci przytomność. Ja też straciłem, zaryłem głową w zaspę i pewnie bym w niej zamarzł, gdyby koledzy, muzycy Zakopowera mnie nie wyciągnęli.
A potem uratowała mnie żona. Iwonę poznałem w czasie, kiedy używałem na całego. Jak miałem nie używać? Moi rodzice, poważani nauczyciele, pracowali ciężko i mieli tyle, co z pensji. A ja z pieniędzy za jeden koncert wyremontowałem im łazienkę. Coś takiego przewraca człowiekowi w głowie. Wszystko było dla mnie, miałem kasę, sławę, brałem, co chciałem. A ta popularność - cudowna! Idziesz ulicą w obcym mieście i widzisz, że cię rozpoznają, szturchają się łokciami na twój widok. Ci, co mówią, że sława odbiera im prywatne życie, pierdolą. Gdyby przestali być rozpoznawalni, wpadliby w panikę.
Właśnie wtedy TV 4 z okazji wejścia na antenę wymyśliła trasę koncertową po kraju i na wykonawców wybrała Formację Nieżywych Schabuff. Trasę organizowała Iwona. Zwróciła moją uwagę niezwykłą kobiecością, łagodnością i dobrocią (i tym, że jednocześnie jest bardzo konkretna). Wiedziałem, że jeśli zaczniemy od łóżka - a tak zaczynałem z innymi kobietami - nic z tego nie wyjdzie. Dlatego zaczęliśmy od dialogu. I udało się. "Rozmawiamy" sobie już 12 lat. Jesteśmy jak jing i jang - składając się z samych niemal przeciwieństw, uzupełniamy się wzajemnie. Żona np. wstaje wcześnie rano, od razu pełna energii, za to zasypia z kurami. Jak wstaję około południa (zawsze przy tym szukam usprawiedliwienia, żeby jeszcze trochę poleżeć - zupełnie jak alkoholik, który szuka pretekstu, żeby się napić), ale pracuję czasem do piątej nad ranem. Czyli ona nasz wózek pcha do przodu w dzień, a ja w nocy. Tylko w niedzielę nie ma zmiłuj, staram się wstawać do wspólnego śniadania o dziewiątej - no, powiedzmy o dziesiątej . W jednym jesteśmy identyczni: mamy bardzo silne poczucie obowiązku. To jedyny powód kłótni. Za to jak się kłócimy Nakręcamy się oboje tak strasznie, że energia o mało nas nie rozsadza. I to dopiero jest jazda.
Mówisz: uratowała mnie żona. Przed czym? - Przed traktowaniem życia jak miski z żarciem, które można garściami pchać w gębę a potem wyrzygać. Przed tekstami takimi, jakie generują stereotypowi mężczyźni: "Czym jeździsz, stary? Audi? Nie, no, powinieneś mieć nowego mercedesa SSLS-A". Albo: "Hiiii, byłem wczoraj u pros-ty-tut-kiiiiii. Suuuper. Ja to muszę mieć coś na boku, przy jednej dziurce to i kot zdechnie ha, ha". Uratowała mnie przed wszystkim, co pozwala patrzącym na ciebie z boku uznać: "Ten facet ma małego siusiaka".
Dorosłeś - Niech i tak będzie. Potrafię się przyznać: mam małego siusiaka, ale co tam, ważna jest technika.