Adam Leszczyński: Obserwuje pan z bliska reformę nauki i wyższych uczelni w Polsce. Będą po niej lepsze czy gorsze? Karol Modzelewski*: Jak nie będą gorsze, będę się bardzo cieszył.
W demokracji nauczyliśmy się głównie mielić frazesy. A frazes zastępuje życie umysłowe, bo jest czymś w rodzaju gotowca. Najbardziej rozpowszechnionym frazesem jest przekonanie, że „reforma” to
automatycznie coś
dobrego . Przy czym przez reformę rozumie się każdą zmianę wprowadzoną przez układ polityczny do dowolnej dziedziny naszego życia.
Po pewnym czasie okazuje się, że te reformy uwierają, a potem - że nie przynoszą takich efektów, jakie nam obiecywano. Cztery reformy rządu Buzka były wizytówką tamtego rządu. Jak dziś można ocenić wyniki reformy edukacji albo służby zdrowia? A emerytur?
Jest podobieństwo w logice tamtej reformy emerytalnej i logice dzisiejszej reformy nauki: przekonanie, że ''bardziej rynkowe'' znaczy ''lepsze''. Nauka musi zarabiać, trzeba komercjalizować badania - to jeden z filarów reformy minister Kudryckiej. Kto nie zarabia, będzie skazany na wegetację. - Nauka, jak wiadomo, dzieli się na badania podstawowe i aplikacyjne - związane z zastosowaniem efektów tych pierwszych. Rozumiem, że sprawdzianem aplikacji jest zastosowanie w praktyce, czyli w gospodarce rynkowej - efekt rynkowy. Badania podstawowe nie mają jednak na rynku żadnych szans. Jeżeli chcielibyśmy urynkowić badania podstawowe, w praktyce oznaczałoby to ich likwidację. Mielibyśmy naukę bezinwencyjną, zdebilałą. Taka nauka nie wyrośnie, bo jej odcięto korzenie.
Taka jest dziś tendencja światowa - przynajmniej w obrębie cywilizacji zachodniej. Być może jednak przyszli liderzy rozwoju gospodarczego i intelektualnego w Pekinie czy New Delhi będą się z nas śmiać, żeśmy to robili. Na wolnym rynku teoria względności nie miałaby żadnych szans, a niech pan sobie wyobrazi bez niej współczesną fizykę czy technikę. Teoria Kopernika również na wolnym rynku by nie zaistniała.
W Polsce jednak nie było wielu uczonych rangi Kopernika. Może w tle naszej reformy jest pogląd nigdzie oficjalnie niewypowiedziany: ''Prochu w Polsce nie wymyślimy, może więc powinniśmy się po prostu zająć zarabianiem pieniędzy. Wszystkim będzie lepiej''. - Mam sceptyczny pogląd na wskaźniki rankingów, w których się mierzy pozycję w nauce. Mimo to - mierzona tymi wskaźnikami - nasza nauka jest mniej więcej na tym samym miejscu co polska gospodarka. To i tak dziwne, bo w stosunku do PKB wydajemy mniej na naukę niż inne kraje zachodniej Europy.
W polskiej nauce są jednak patologie, które trudno wytłumaczyć brakiem pieniędzy. Zna pan przypadek rektora, który został odwołany za plagiat i przywrócony przez kolegów? Albo dość liczne udokumentowane przypadki plagiatów, w których delikwentów chroniono, dopóki się dało, i przesuwano na inne stanowiska, kiedy się już nie dało. - To oczywiście skandal. Ale to zależy przede wszystkim od jakości uczelni i jej środowiska. W okresie boomu rynkowego wiele publicznych uczelni zawodowych przekształciło się w uczelnie akademickie. To - podobnie jak rozmnożenie uczelni prywatnych - pociągnęło za sobą dramatyczne obniżenie poziomu.
Liczba studentów w Polsce wzrosła pięciokrotnie w stosunku do tego, co było przed transformacją, a kadry - mniej więcej o połowę. To mówi samo za siebie! W uczelniach powstałych na wolnym rynku wykładają, a raczej chałturzą na drugim i trzecim etacie naukowcy ze starych uniwersytetów i z PAN. To nasza kadra badawcza. Muszą dorobić, bo zarobki - zwłaszcza w przypadku humanistów - są dramatycznie niskie. Zwłaszcza dotyczy to ludzi relatywnie młodych, a więc najbardziej produktywnych.
Zanim zostałem wiceprezesem PAN, dostawałem na rękę na Uniwersytecie Warszawskim 4,3 tys. zł. Byłem profesorem z dużym stażem i renomowanym. Uważałem, że zarabiam dość przyzwoicie i nie odczuwałem przymusu rozglądania się za drugim etatem, ale dorobienia od czasu do czasu - tak. Niech pan jednak przymierzy do tej sytuacji ludzi, którzy mają 35-40 lat, pensję adiunkta, dzieci i kredyt mieszkaniowy. Chałturzenie oczywiście demoralizuje. Ale przede wszystkim zmniejsza ogromnie wydolność. Taki człowiek musi mniej publikować - w kraju czy za granicą.
Najlepsze polskie uczelnie zatrudniają w 85-90 proc. własnych wychowanków - tak wynika z raportu wydrukowanego w ostatnim numerze ''Forum Akademickiego''. Taki ''chów wsobny'' jest dobry? - To nie jest patologia, chociaż taka sytuacja ma istotną wadę. W Polsce jest kilka uczelni naprawdę świetnych - m.in. UW i UJ. Jest też wiele bardzo słabych. Ta dramatyczna dysproporcja owocuje upośledzeniem społeczności poza głównymi miastami. Na pewno potrzebna jest misyjna działalność wychowanków dobrych uczelni na tym ugorze.
Znam taką osobę. Robi seminaria międzynarodowe na prowincjonalnym uniwersytecie. Sprowadza uczonych z zagranicy, ale ci z lokalnego uniwersytetu nie przychodzą. Z drugiej strony tak wybitni historycy jak
Bronisław Geremek, Henryk Samsonowicz, Benedykt Zientara, Andrzej Wyrobisz czy Antoni Mączak - wszyscy są uczniami Mariana Małowista i produktem "chowu wsobnego" na Uniwersytecie Warszawskim. Zły produkt?
To wyjątkowa szkoła naukowa. Ale polska nauka to 15 tys. etatów profesorskich. - Nauka to nie są etaty, tylko ci najwybitniejsi. Oni robią naukę. Reszta - akademickie rzemiosło, które oczywiście też jest ważne. Ale wybitna szkoła jest "chowem wsobnym".
W Polsce mobilność kadry utrudniają warunki materialne i mieszkaniowe. We Włoszech, które dobrze znam, jest zupełnie inaczej: tam na nieobsadzoną katedrę ogłasza się konkurs i pojawiają się ludzie z całych Włoch. Ten mechanizm działa samoczynnie.