http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Teoria względności na wolnym rynku

Adam Leszczyński
2010-12-20, ostatnia aktualizacja 2010-12-17 19:46

Rząd Tuska właśnie wywraca do góry nogami polską naukę i uniwersytety. Importujemy z Zachodu system, w którym uprawianie nauki zależy od konkurencji o granty i pieniędzy spoza budżetu. Powinno to interesować każdego Polaka, którego dzieci pójdą na studia. Czyli przynajmniej połowę


Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta
W mroźny poranek 10 grudnia w supernowoczesnym budynku warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych zebrała się ponad setka naukowców i biznesmenów. Na tle wielkich ekranów z wykresami kursów akcji minister Barbara Kudrycka zaprezentowała książeczkę "komercjalizacja B+R dla praktyków", czyli bardzo praktyczną instrukcję - adresowaną do dyrektorów instytutów naukowych, rektorów i dziekanów - jak na nauce zarabiać pieniądze.

- Komercjalizacja badań jest ratunkiem dla polskiej nauki - mówiła prof. Kudrycka. I wyliczała: •  do 2015 r. na naukę zostanie wydane 14 mld zł z funduszy strukturalnych; •  mimo kryzysowego cięcia wydatków rząd przeznaczył na naukę o 300 mln zł więcej niż w zeszłym roku; •  wiele uczelni buduje nowe laboratoria za setki milionów złotych z pieniędzy unijnych.

- W tak dobrych warunkach polska nauka jeszcze nigdy nie pracowała - mówiła min. Kudrycka. - Ważne, żebyśmy byli przygotowani do wykorzystania tej infrastruktury. Są ułomności w zarządzaniu i bariery instytucjonalne na uczelniach.

Przypomniałem sobie minister Kudrycką sprzed dwóch lat. Dla wielu naukowców była wtedy przywiezioną przez PO w teczce profesor prowincjonalnej uczelni. Byłem świadkiem, jak nobliwi uczeni traktowali ją z lekceważeniem graniczącym z chamstwem ("Czarownica z Podlasia" - to było jedno z bardziej cenzuralnych określeń, które słyszałem, chociaż publicznie nigdy nie padło). Gazety wielokrotnie umieszczały ją na liście ministrów "do odstrzału" przy ewentualnej rekonstrukcji rządu. Teraz widziałem silnego polityka, który wie, czego chce, który wie, że wygrywa, i z którego zdaniem trzeba się liczyć.

O odwoływaniu Kudryckiej od dawna już nikt nie pisze.

Kilka dni przed spotkaniem w Giełdzie zaprosili mnie na rozmowę dwaj wybitni uczeni pracujący w Centralnej Komisji ds. Tytułów i Stopni Naukowych. To instytucja w polskiej nauce bardzo ważna. Jej recenzenci uczestniczą w postępowaniach habilitacyjnych (obok kolegów z uczelni habilitanta - a habilitacja w Polsce jest kluczowym elementem naukowej kariery). Może też np. zawiesić uprawnienia wydziału czy instytutu do nadawania stopni naukowych, jeżeli uzna, że instytut zamienił się w "fabrykę dyplomów" i zaniża poziom polskiej nauki. Z CK trzeba się więc liczyć.

Centralna Komisja mieści się na 24. piętrze Pałacu Kultury, we wnętrzach, które nie zmieniły się od czasów Bieruta, a przynajmniej tak wyglądają. W tej scenografii dwóch członków CK tłumaczyło mi, że nie należy zmieniać systemu awansu w nauce - a ta zmiana ma być bardzo ważną częścią reformy.

- To prawda, że system, który mamy, jest zły - mówił prof. Osman Achmatowicz z CK. - Ale jesteśmy właśnie w trakcie zastępowania go gorszym. Poziom doktoratów i habilitacji, i tak już często niski, dramatycznie się obniży. Trzeba spokojnie zastanowić się, jak zmienić reguły awansu.

- Ale zastanawiamy się już 20 lat? - zapytałem.

- Takich zmian nie można wprowadzać w pośpiechu.

O czym nie porozmawialiśmy

Byłoby zbyt łatwo zrobić z tych dwóch spotkań metaforę sytuacji w polskiej nauce - w której "nowe" walczy ze "starym". W rzeczywistości racje nie są tak prosto rozłożone: polska nauka i szkoły wyższe mają stać się bardziej podobne do zachodnich, ale też wielu polskich naukowców uważa, że ten system - bezwzględnie konkurencyjny i nastawiony na łowienie grantów oraz robienie pieniędzy system - ma istotne wady i nie należy go bezkrytycznie naśladować.

Sama debata o reformie toczy się praktycznie poza polem widzenia opinii publicznej: dyskutują o niej politycy i naukowcy - w tym przedstawiciele różnych środowiskowych lobbies. Media okazały wobec tej sprawy zadziwiającą obojętność.

Tymczasem reforma nauki już weszła w życie: w Sejmie przeszła - o czym współpracownicy min. Kudryckiej lubią przypominać - niemal jednogłośnie. Sześć nowych ustaw zaczęło obowiązywać na początku roku akademickiego 1 października.

Reforma szkół wyższych właśnie wchodzi w gorącą fazę. Nad zmianami w prawie (przede wszystkim w dwóch bardzo ważnych ustawach: prawie o szkolnictwie wyższym i ustawie o stopniach i tytułach naukowych) dyskutuje właśnie sejmowa podkomisja, która zbiera się codziennie i ma zakończyć pracę w styczniu. Komisji zdarza się pracować 10 godzin dziennie, co w sejmowych realiach oznacza stachanowskie tempo. Rząd chce, żeby reforma - po głosowaniu na wiosnę - weszła w życie w październiku przyszłego roku.

- Posłowie PO mają większość w komisji i głosują zawsze za wszystkimi poprawkami minister Kudryckiej. Po katastrofie smoleńskiej min. Kudrycka przestała się bać prezydenckiego weta i straciła ochotę do dyskusji - mówi wybitny polski uczony, profesor jednego z instytutów PAN.

- W sprawie szkół wyższych osiągnęliśmy kompromis, z którego jesteśmy zadowoleni, chociaż nie wszystkie zapisy są doskonałe - mówi prof. Jerzy Woźnicki, przewodniczący Fundacji Rektorów Polskich.

Politycy i naukowcy dogadali się, chociaż nie był to łatwy kompromis, bo jedna ze stron miała znacznie silniejszą pozycję. Dwie reformy - nauki i szkół wyższych - to stos bardzo grubych dokumentów zawierających szczegółowe zmiany w skomplikowanym prawie. Sens reformy jednak można sprowadzić do trzech zasadniczych zmian.

1. Wprowadzenie wzorowanego na europejskim systemu studiowania. Nie tylko trzystopniowy system studiów - licencjat, magisterium i doktorat - ale i łatwiejsze porównywanie polskich dyplomów z tymi, które dają zachodnie uniwersytety. Dzięki wycenianiu zajęć w uniwersalnych „punktach” łatwiej niż dziś będzie zaliczyć część studiów np. w Barcelonie, a resztę - w Krakowie, żeby tam dostać dyplom. Uczelnie otrzymają autonomię programową - po raz pierwszy będą mogły same tworzyć nowe kierunki studiów (w Europie tylko Polska i Rosja miały urzędową listę kierunków studiów). Studenci będą podpisywali umowy cywilnoprawne z uczelniami, w których będzie jasno napisane, co dostają i za co płacą. Zmienia się system stypendialny, który będzie nastawiony na wsparcie socjalne studentów (a nie na stypendia za dobre oceny).

2. W nauce będą konkursy o granty, przejrzyste oceny i kariery. Jeżeli naukowcy nie wymyślą sposobów na obejście nowych reguł gry, ich praca i kariery bardzo się zmienią. Przejrzystość zaczyna się od sprawy symbolicznych: oto np. we wrześniu ministerstwo ogłosiło listę wydziałów i instytutów naukowych, które ubiegają się o ministerialną dotację na badania. Po raz pierwszy każdy mógł zobaczyć, na ile zostały „wycenione” przez ekspertów (ich nazwiska też były po raz pierwszy jawne) osiągnięcia naukowe poszczególnych wydziałów. Wcześniej było tylko wiadomo, do której z kilku kategorii „wpadły”. Wystarczy więc zajrzeć na stronę ministerstwa, żeby zobaczyć, że np. w bliskiej mi kategorii nauki historyczne największe osiągnięcia w Polsce ma Wydział Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego (ze wskaźnikiem efektywności naukowej 54,12), a najmniejsze - Wydział Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie (18,32 i kategoria 4, co oznacza brak dotacji; kościelne uczelnie w wielu kategoriach znajdują się, co ciekawe, na szarym końcu). Do sprawdzenia na<a class=c1n href="http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/11/02/11022/20100930_komunikat_19.pdf">www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/11/02/11022/20100930_komunikat_19.pdf</a> .

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 52 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':