Billboard ze sfotografowanym przez pończochę premierem i zdjęciem wiaduktu stoi przy mojej drodze do pracy. "Nie róbmy polityki. Budujmy drogi" - głosi hasło skrytykowane za hipokryzję przez większość komentatorów. A potem wjeżdżam na największy dziś w Warszawie węzeł drogowy, którego budowa właśnie się kończy.
Gdybym mieszkała w małej gminie, na billboardzie prawdopodobnie byłoby boisko - "orlik". Albo szkoła. Albo obwodnica.
Trzeba uważać, zanim się zabierze do wyśmiewania wyborczego sloganu PO. Bo to także nasza zasługa, że rząd mógł sobie pozwolić na nienazywanie tego, co robi, polityką.
Supeł polski Pisząc dla portalu Wyborcza.pl przeglądy porannej prasy, coraz częściej wyławiam z niej coś, co można by nazwać "absurdami polskiej debaty publicznej". Dobrze pokazują, jak ta debata jest fragmentaryczna i ułomna.
Zaczęło się od tego, że premier powiedział otwarcie, iż nie będzie przeprowadzał bolesnych reform, bo reformy mają sens "jedynie wtedy, gdy dają ludziom satysfakcję z życia tu i teraz". Zaatakowały go za to prawie wszystkie ogólnopolskie gazety. Bo to PR, a "rząd nic nie robi". Bo reformy to cięcia i oszczędności, szybka reforma
KRUS i natychmiastowe odebranie przywilejów emerytalnych mundurowym. Nikt specjalnie nie przejmuje się tym, że jesteśmy rok przed wyborami i zapowiedź takich cięć byłaby samobójstwem dla każdego rządu.
W porządku - taka jest rola prasy, musi władzy przypominać, co powinna robić, jeśli nawet jest to w obecnej chwili nierealne. Tak samo jak wypada domagać się parytetów na listach wyborczych (jeśli ktoś wierzy w takie narzędzia wyrównywania szans), choć trudno się spodziewać, że partie od razu zgodzą się na rewolucję, która osłabi, choć tylko przejściowo, ich struktury.
Ale teraz zaczyna być zabawnie: za "bolesnymi" reformami jest nawet nasz czołowy tabloid "Fakt", który na pierwszej stronie domaga się... przedłużenia wieku emerytalnego. Ten sam "Fakt", który do tej pory rzucał się na polityków tylko wtedy, gdy był pewny, że zarzut jest na tyle populistyczny, typu "nachapali się, nakradli", że jego czytelnicy ochoczo mu przyklasną. A na razie przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego jest 70 proc. społeczeństwa.
Gdy wkrótce potem premier zwrócił domagającym się cięć dziennikarzom uwagę, że powinni też rozważyć likwidację korzystnego dla nich odliczania 50 proc. kosztów uzyskania przychodów w
PIT, ci zareagowali świętym oburzeniem (dumnie wypinając pierś do przodu, chętni do płacenia wyższego podatku są tylko dziennikarze... tak, zgadli państwo, "Faktu").
Za to gdy związkowcy kilka tygodni temu ruszyli na Warszawę, protestowali przeciwko rządowi, używając rządowych haseł. "Chcemy żyć godnie tu i teraz" - głosił transparent "Solidarności". Hasło całej demonstracji: "Nie dla cięć. Tak dla rozwoju". Choć "Solidarność" uważa, że w związku z zamrożeniem płacy minimalnej żyć godnie się właśnie nie da, to jednak jest w tym wyborze sloganów element groteski.
Związek zawodowy demonstrujący pod rządowymi hasłami, tabloid na czele wolnorynkowych reform - gdzie my jesteśmy?
A karuzela absurdów kręci się dalej.
Pętla pierwsza - polityka się pokomplikowała Oto mój ulubiony absurd: współrządzący
PSL nie zauważył, że głosując wraz z PO w Sejmie nad reformą emerytur pomostowych, zabrał rolnikom możliwość przechodzenia na wcześniejszą emeryturę, i teraz chce to odkręcić.
Jeśli klasa polityczna przestaje rozumieć, co uchwala, to trudno się dziwić, że do debaty publicznej nie przebijają się i inne fakty - np. to, że rząd już praktycznie przedłużył o rok wiek emerytalny, posyłając dzieci o rok wcześniej do szkoły.
I że wszystko - "orliki", schetynówki (współfinansowane z budżetu państwa drogi powiatowe), teraz program "Kultura+" (współfinansowanie bibliotek i centrów kultury w mniejszych gminach), megaustawa internetowa (ułatwiająca dostarczenie tymże gminom szerokopasmowego internetu), ustawa żłobkowa, podwyżki dla nauczycieli, nowa strategia regionalna - układa się w cywilizacyjny plan modernizacji Polski i walki z wykluczeniem, może nie zakrojony z imponującym rozmachem, ale na pewno wymagający pieniędzy i społecznego poparcia.
Ale skąd mamy wiedzieć, czy ten plan jest dobry, czy zły, skoro media zauważają go w ograniczonym stopniu? I dlaczego recenzuje go tylko Edwin Bendyk z „Polityki”?
Bo jeśli te działania są nieskuteczne albo chaotyczne, to może rzeczywiście lepiej skoncentrować się na cięciu deficytu. Ale u nas dyskusji na temat tego, czy warto zaryzykować i zainwestować na kredyt, by żyło się lepiej w przyszłości (co stoi tylko w pozornej sprzeczności z hasłem „tu i teraz”), w ogóle nie ma. Zamiast tego mamy rozważania o tym, co rząd nie zrobił.
W efekcie do dziś, a minęły już dwa miesiące, nie widać na przykład analitycznych tekstów na temat rządowego projektu reformy szkolnictwa wyższego, jak rozumiem rewolucyjnego, jeśli chodzi o konkurencyjność uczelni. Dyskusja o służbie zdrowia? Nie posuwa się poza rytualne: "Rządowi się już raz nie udało, więc tym razem to też tylko PR".
Nieznane są skutki zmian w oświacie. A o tym, że w ciągu trzech lat stworzono 120 tys. miejsc w przedszkolach i zbudowano 600 placów zabaw dla dzieci, dowiedzieliśmy się dopiero z wystąpienia premiera z okazji trzeciej rocznicy zaprzysiężenia jego gabinetu. I skąd wiemy, że jest ich aż tyle? Czy ktoś to sprawdził?