http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Smoleńskie domino

Wacław Radziwinowicz, Moskwa, współpraca Bogdan Wróblewski
2010-10-10, ostatnia aktualizacja 2010-10-08 19:40

Okolice Smoleńska. Szczątki samolotu prezydenckiego
Okolice Smoleńska. Szczątki samolotu prezydenckiego
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

Katastrofa w Smoleńsku była straszną tragedią, ale typowym wypadkiem lotniczym. Załoga, szukając we mgle kontaktu wzrokowego z ziemią, zeszła za nisko i rozbiła maszynę. Stało się to nie tylko z winy pilotów. Na ten wypadek "pracowało" wielu ludzi

SONDAŻ
Czy wierzysz, że okoliczności i przyczyny katastrofy w Smoleńsku zostaną wiarygodnie wyjaśnione?

tak
nie

Autorzy książek o bezpieczeństwie w lotnictwie piszą, że w ten sposób dziś samoloty rozbijają się najczęściej. Katastrofom tego typu nadali nawet specjalną nazwę - CFIT (Controlled Flight Into Terrain), czyli "zderzenie z ziemią w locie kontrolowanym" - to znaczy takim, w którym wszystko na pokładzie działa prawidłowo, załoga jest sprawna, a samolot rozbija się, i to najczęściej tak, jak było właśnie w Smoleńsku - przy podchodzeniu do pasa startowego.

Najpewniej 19 października badający przyczyny tragedii smoleńskiej Międzypaństwowy Komitet Lotniczy w Moskwie (MAK) zakończy sporządzanie projekt raportu ze swoich prac i przekaże go stronie polskiej. Może milczenie przerwie polska komisja badania wypadków lotniczych kierowana przez Jerzego Millera, szefa MSWiA. Prokuratura - co zapowiedziała - pierwszy etap śledztwa skończy równo pół roku po tragedii - 10 października. Raport ze swych ustaleń - już drugi - złożyć ma w październiku sejmowej komisji sprawiedliwości.

Nie spodziewajmy się jednak, że eksperci wskażą nam jedną jedyną przyczynę katastrofy.

Płk Edmund Klich, przedstawiciel Polski akredytowany przy MAK, powtarza, że ciąg wydarzeń prowadzących do wypadku lotniczego to zawsze szereg ustawionych jedna za drugą kostek domina. Ostatnia, upadając, przewraca przedostatnią, i tak dalej - do upadku pierwszej, czyli powstania ostatecznej i głównej przyczyny katastrofy. Gdyby jednak z tego przewracającego się szeregu udało się wyjąć którąkolwiek z "kostek", kolejne nie upadłyby. Do tragedii by nie doszło.

Kostka pierwsza. Symulator w tumanie

CFIT-ów mieliśmy w polskim lotnictwie wojskowym w ostatnich latach kilka. W "locie kontrolowanym" w czerwcu 2002 r. rozbił się w Powidzu Su-22, a w styczniu 2008 r. w Mirosławcu transportowa CASA z całym dowództwem polskich sił powietrznych na pokładzie.

Wydawać by się mogło, że piloci wojskowi powinni stale przerabiać na symulatorach lotów sytuacje, które mogą prowadzić do takiej właśnie typowej katastrofy. W lipcu na podmoskiewskim lotnisku Szeremietiewo lotnicy polscy i rosyjscy eksperci z MAK przerabiali w symulatorze TU-154M, takiego samego, jakim 10 kwietnia rano leciał do Smoleńska prezydent Lech Kaczyński, ostatnią fazę fatalnego rejsu. W gęstej, snującej się nisko nad ziemią mgle, kierując się wskazaniami przyrządów pokładowych, "schodzili" na coraz niższe pułapy, szukając "kontaktu wzrokowego" z urządzeniami sygnalizacyjnymi lotniska. A potem "uciekali" od ziemi, "przechodząc" na "drugi krąg" nad "portem lotniczym".

Kiedy "zeszli" do 20 m, tak samo jak piloci odrzutowca prezydenta 10 kwietnia, od "ziemi" już się nie oderwali. "Samolot", kiedy "dodali gazu", przysiadł i uderzył o powierzchnię. - Zabiliśmy się - skwitował doświadczenie Klich uczestniczący w "locie" jako drugi pilot.

Ale to doświadczenie było eksperymentem śledczym, częścią dochodzenia prowadzonego przez MAK w sprawie tragedii, do której już doszło. A powinno było być przecież elementem stałego treningu załóg 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który wozi polskich VIP-ów.

Lotnicy z 36. Pułku nie ćwiczyli jednak na symulatorach sytuacji awaryjnych. Po prostu nie mieli takich urządzeń, a do Moskwy czy do Kijowa, gdzie są symulatory TU-154, dowódcy ich nie wysyłali.

Kolega Arkadiusza Protasiuka, kapitana samolotu prezydenckiego, którego nazwiemy Michał, wspomina: - Arek nie uczestniczył nigdy w testach na symulatorach jako dowódca załogi załogi Tu-154. Był jedynie na tych treningach jako drugi pilot i nawigator. A fatalnym błędem było, że w ogóle zaprzestano tych szkoleń, kiedy nastał płk Tomasz Pietrzak [jeden z byłych dowódców 36. Pułku]. Instruktorzy byli doświadczonymi emerytowanymi lotnikami, mieli wielkie doświadczenie z tymi samolotami, ponieważ w Rosji park tych maszyn jest olbrzymi. Stykali się z różnymi niesprawnościami, nawet nieopisanymi w instrukcjach. Treningi trwały tak długo, dopóki czynności nie zostały przez załogę prawidłowo wykonane. Tymczasem Arek został pozbawiony możliwości treningowych jako dowódca na tych symulatorach.

Kostka druga. Presja

Kolega wystawia kapitanowi odrzutowca prezydenckiego dobrą opinię. Według niego "nie lubił nadmiernego ryzyka, miał rodzinę, dla której chciał żyć". - Myślę, że Arkadiusz był pod silną presją w czasie tego lotu. Ważność uroczystości i osoby, które były w samolocie, na pewno zwiększały tę presję - Michał usiłuje zrozumieć postępowanie Protasiuka i dodaje: - Niepotrzebna też była obecność w kabinie dowódcy sił powietrznych gen. Andrzeja Błasika. Jeżeli on tam był, to na pewno im nie pomagał, lecz jedynie przeszkadzał w koncentracji i podejmowaniu decyzji. Nie wykluczam, że Arkadiusz mógł schodzić samolotem do czasu zobaczenia świateł progowych lotniska, a więc poniżej dozwolonej wysokości. Z doświadczenia wiem, że piloci 36. Pułku wielokrotnie lądowali przy widzialności poniżej 60 metrów, czyli gorszej, niż była wtedy w Smoleńsku.

Jak tłumaczy, sam odszedł z 36. Pułku, gdzie wiele razy latał z Protasiukiem, bo nie chciał się wystawiać na niepotrzebne ryzyko: - Z powodu coraz mniejszego wyszkolenia załóg obawiałem się o własne życie.

Kostka trzecia. Lotnisko czy lądowisko?

Port lotniczy Siewiernyj (Północny) w Smoleńsku ma złą sławę. Aleksandr Akimienkow, który wiele razy tam lądował, doświadczony pilot oblatywacz uważany w rosyjskim środowisku lotniczym za dużego ryzykanta, uważa, że to nie tyle lotnisko, ile lądowisko.

Piloci z 36. Pułku też nie lubią tego miejsca. Siewiernyj jest wyposażony w przestarzały system naprowadzania - radar nieprecyzyjnego podejścia do lądowania oraz dwie mało precyzyjne radiolatarnie wskazujące załogom zbliżających się maszyn kurs w kierunku pasa startowego. Nie ma tam powszechnie dziś stosowanego systemu precyzyjnego naprowadzania ILS. Ten ostatni prowadzi lądujące maszyny, stale pokazując pilotom z dokładnością do jednego metra, czy samolot znajduje się na właściwym kursie i pułapie.

Lotnicy z 36. Pułku bardzo rzadko latają na tak ubogo wyposażone lotniska. Z reguły wożą swych wysoko postawionych pasażerów do portów lotniczych wyposażonych w ILS.

Sam pas startowy Siewiernego jest dziurawy, o czym mówili przesłuchiwani w ramach śledztwa lotnicy 36. Pułku.

Trzy dni po katastrofie Jolanta Kwaśniewska w wywiadzie telewizyjnym opowiedziała, z jakimi przygodami w czasie prezydentury swego męża leciała z nim i delegacją oficjalną do Smoleńska. Wtedy samolot, ten sam, w którym w kwietniu zginął Lech Kaczyński, najpierw twardo uderzył o płytę lotniska, potem, hamując, długo podskakiwał na nierównościach. A w końcu o mało co nie wyjechał poza pas startowy. Kiedy zatrzymał się wreszcie, do końca pasa zostało według prezydentowej zaledwie 20 cm. - To było nasze najgorsze lądowanie w ciągu dziesięciu lat. Kiedy słyszałam o tym lotnisku, zawsze cierpła mi skóra - wspominała Kwaśniewska.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 117 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    136 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':