http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Przeciw pomnikom

Dorota Jarecka
2010-10-10, ostatnia aktualizacja 2010-10-08 17:00

Tymczasowy pomnik śledzia. Odsłonięto go w 2007 r. w Strękowej Górze na Podlasiu, zapowiadając konkurs na stały pomnik, który stoi obecnie w tym miejscu. Śledź jest symbolem podlaskiej miękkiej wymowy zwanej
Tymczasowy pomnik śledzia. Odsłonięto go w 2007 r. w Strękowej Górze na Podlasiu, zapowiadając konkurs na stały pomnik, który stoi obecnie w tym miejscu. Śledź jest symbolem podlaskiej miękkiej wymowy zwanej "śledzikowaniem"
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG

My w Polsce w pomnikach kochamy powtórzenia, w tym czujemy się naprawdę bezpiecznie. To jedyny znany przypadek rozmnażania się mężczyzn bez udziału kobiet

Jeden z projektów pomnika, który miałby stanąć przed Pałacem Prezydenckim zgodnie z oczekiwaniami ''obrońców krzyża''
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Jeden z projektów pomnika, który miałby stanąć przed Pałacem Prezydenckim...
Wizualizacje pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej obrońcy krzyża prezentowali na przeciw Pałacu Prezydenckiego
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Wizualizacje pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej obrońcy krzyża prezentowali...
Jest sierpień 2010 r. Kilkanaście osób tarza się w błocie w centrum Łodzi. Chłopaki i dziewczyny biorą rozpęd i wpadają do kałuży. Kałuża jest naprzeciwko wejścia do pałacu Poznańskich w Łodzi, tam gdzie jest Muzeum Miasta. Zaraz mamy równie elegancką Manufakturę i nowy gmach Muzeum Sztuki. Grupka skrzyknęła się, żeby zaprotestować przeciw fatalnemu stanowi miejskich nawierzchni. Co najdziwniejsze, ich akcja odniosła natychmiastowy skutek. Już kilka dni później magistrat zobowiązał się do remontu chodnika.

Wydarzenie jest symboliczne. Wystarczy się skrzyknąć - tu inicjatorem był artysta Marcin Polak - by wywołać skutek. Trzeba tylko zaprosić dziennikarza i kogoś z kamerą. Świetnie też działa społeczność facebookowa i YouTube, gdzie np. obejrzałam relację z chlapania.

Jednak taka spontaniczna grupa nie zawsze musi mieć cel, który jest tak jasny jak naprawienie chodnika. Może być też grupa jak ta, która przez kilka miesięcy pilnowała krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Czego chciała? To zmieniało się z czasem - uczcić pamięć zmarłych w smoleńskiej katastrofie, obalić rząd Tuska, zdyskredytować nowego prezydenta, rozpocząć nowe śledztwo w sprawie katastrofy, wreszcie - postawić pomnik jej ofiar w tym miejscu, gdzie stał krzyż.

Czyli pod pomnikiem księcia Poniatowskiego na osi Pałacu Prezydenckiego w Warszawie.

Krzyż i miecz

To, że władze długo czekały z decyzją przeniesienia krzyża do prezydenckiej kaplicy, wcale nie dziwi. To była przecież grupa męczenników, która czekała na akt przemocy. A państwo, które z tym aktem przemocy nie nadchodziło, w jakiś sposób zawodziło ich nadzieje. Teraz nadzieje zostały spełnione, a krzyż zabrany, dla męczennika oznacza to jedną rzecz - zwycięstwo.

Oczywiście zwycięstwo będzie większe, kiedy Inicjatywa Społeczna Obrońców Krzyża postawi swój pomnik. Raczej nie w tym miejscu - żaden konserwator na to się nie zgodzi. Ale kilka kroków dalej - dlaczego nie? Tylko czy postawienie takiego pomnika rzeczywiście załatwi sprawę? Czytam takie komentarze, ale w to nie wierzę. Co prawda tak mówi o pomnikach Musil (patrz "Gazeta Świąteczna" z 4 września) - wystarczy komuś lub czemuś postawić pomnik, by wszyscy o tym zapomnieli. Ale nie w Polsce. U nas wystarczy komuś lub czemuś postawić pomnik, by wszyscy sobie o tym przypomnieli i zaraz gdzieś chcieli postawić taki sam. Taki sam, ale nie ten sam, bo jednak inny - swój. Pomnik należy dziś do tego, który go stawia, a nie do tego, komu jest poświęcony.

Dowód mamy blisko. W czerwcu rozstrzygnięto konkurs na pomnik ofiar katastrofy pod Smoleńskiem. Ma zostać odsłonięty na Powązkach Wojskowych w Warszawie, projektuje go Marek Moderau, autor gwarantujący dobrą markę. Jednak projekt ten pozostaje niezauważony. Cmentarz to jakby za mało. Pomnik na cmentarzu nie wchodzi w dialog z przestrzenią publiczną miasta. Poza tym projekt Moderaua jest geometryczny, ściszony, daleki od narracyjności i wylewności polskich pomników, które idą całkowicie pod prąd współczesnej sztuki. Nawet jeśli w centrum Warszawy stanie pomnik ofiar katastrofy i będzie przedstawiał samolot wbijający się w ziemię, a wokół rozsypane ciała, to nie znaczy, że ta sama grupa nie będzie walczyć o kolejny taki pomnik w Krakowie lub w Poznaniu.

Żądza cierpienia to mechanizm, który potrafi wskrzesić ogromną energię. Dyżurujący pod Pałacem Prezydenckim przypominali oddział, który nie chce zakończyć wojny, lub też grupę egzorcystów. Widziałam tam mężczyznę, który stał naprzeciwko Pałacu z krzyżem i biało-czerwoną flagą w podniesionej ręce, jakby chciał stamtąd przepędzić szatana. Było to tym dziwniejsze, że naprzeciwko niego nie było nikogo prócz mężczyzny z mieczem w wyciągniętej ręce, czyli konnego posągu księcia Poniatowskiego. Obaj celowali w siebie nawzajem.

Walka na pomniki

Ten jeździec z mieczem uświadamia mi ważną rzecz - nie ma pomników przegranych bitew. Czy komuś, kto nie znałby historii, przyszłoby np. do głowy, że warszawski pomnik Bohaterów Getta Natana Rapaporta jest pomnikiem przegranego powstania? Tylko płaskorzeźba z tyłu monumentu odsłania prawdę o historii - pokazuje korowód ludzi idących na śmierć. Jednak pomnik postawiony w 1948 r. przez Centralny Komitet Żydów w Polsce był nie tylko upamiętnieniem przeszłości, był także manifestacją siły społeczności żydowskiej w Polsce. To przecież już drugi pomnik tego samego powstania w tym miejscu. Pierwszy, do dzisiaj mało znany, kryje się w pobliżu, wśród krzewów i drzew. Zaprojektowany w 1946 r. przez Leona Marka Suzina przypomina właz do kanału. Ma formę geometryczną, jeszcze w stylu awangardy. Dwa lata później w obliczu odradzającego się życia żydowskiego w Polsce potrzebowano mocniejszego znaku.

Oczywiście śmierci narodu i śmierci stu osób w wypadku lotniczym nie da się porównać. Podobna jest tylko potrzeba przekucia klęski i żalu za zmarłymi w znak wygranej.

Różnica polega jednak i na tym, że pomnik Rapaporta był drugim powojennym pomnikiem w lewobrzeżnej w Warszawie. Obecnie ich liczba idzie w setki. Nie ma roku, żeby nie powstał jakiś nowy pomnik albo przynajmniej projekt pomnika. Pomnik ciągle jest tym, czym był kiedyś - sposobem upamiętnienia i oddania hołdu, ale też czymś nowym - doskonałym sposobem na szybkie zaistnienie w mediach. Wszyscy wiedzą, że wystarczy zgłosić najbardziej banalny, zły, niedopracowany projekt, by mieć zagwarantowany długi występ w telewizji.

Czym innym było postawienie w Warszawie pomnika Romana Dmowskiego w 2006 roku? Dzisiaj ludzie z LPR, którzy doprowadzili do jego budowy, znikli z życia politycznego. Został pomnik - Dmowski, a raczej płaszcz Gogola z twarzą Dmowskiego, doskonale anonimowa postać, którą można by przypisać komukolwiek. Zaryzykowałabym tezę, że gdyby nie szafowanie pomnikami Piłsudskiego, pomnika Dmowskiego w ogóle by nie było. Mówiąc brutalnie, ta pałuba jest odpowiedzią na inne pałuby. Pusta forma odpowiedzią na inne puste formy.

Pomniki bez tożsamości

Hipokryzja i kłamstwo w pomniku było pewnie zawsze, jednak teraz zostały wzmocnione przez nową hipokryzję - tworzenia przyjaznej przestrzeni publicznej, gdzie pomnik co prawda ma przypominać o historii, ale ma robić to w taki sposób, by nikogo nie przestraszyć i nie zranić. Warszawski de Gaulle, polityk i wojskowy, to tylko elegancki pan w rękawiczkach, który wyszedł na spacer.

Ten pomnik to dobry przykład jeszcze z jednego powodu. Postawiony w 2005 r. jest kopią pomnika francuskiego z 2000 r. autorstwa Jeana Cardota. My w Polsce w pomnikach kochamy powtórzenia, w tym czujemy się naprawdę bezpiecznie. Skoro w Olsztynie jest jeden pomnik Kopernika, to najlepszy powód, by postawić drugi, skoro w Warszawie jest już jeden Starzyński, potrzebny był następny. Jest w tym niechęć do przeformułowania obiegowych sądów historycznych, siła przyzwyczajenia. Ten, kto pomnika nie miał, mieć go nie będzie. A kto miał, mieć będzie jeszcze więcej. To jedyny znany przypadek rozmnażania się mężczyzn bez udziału kobiet. Prócz jednej kobiety - Marii Konopnickiej. Ale już nie Zofii Nałkowskiej. Czemu? Bo nie miała do tej pory pomnika.

To kurczowe wczepienie się w czas przeszły jest powiązane z odrzuceniem teraźniejszości, która - jak się wydaje - przynosi tylko zawód i frustrację. Po 1989 r. odbyła się wielka akcja przywracania pamięci, odbudowywano lub rekonstruowano przedwojenne pomniki. Jednak nie wiadomo, kiedy rekonstrukcja zaczęła być konstrukcją i zaczął powstawać fantom Dwudziestolecia, epoki pełnej ciepła, bezpieczeństwa i szczęścia, nowego biedermeieru. W tym sensie kopia przedwojennego pomnika marszałka Piłsudskiego autorstwa Stanisława Ostrowskiego postawiona w latach 90. w Warszawie nie była tak zła jak odsłonięty niedawno kuriozalny Piłsudski siedzący w otoczeniu rodziny w Sulejówku. To wyobrażenie o "dobrych dawnych czasach" inspiruje także kolejne łódzkie "ławeczki" - symbol zbratania się portretowanej postaci z ludźmi, nieporadnie wyrażone w pomniku pojęcie demokratyzacji. W Łodzi posadzono już więc Tuwima, Jaracza, Rubinsteina i grupę łódzkich fabrykantów.

Podziwiam Güntera Grassa, że zaprotestował przeciw postawieniu brązowej ławeczki ze swoją podobizną w Gdańsku. Zrozumiał dobrze - ławeczka podlizuje się widzowi i bohaterowi pomnika. Niweluje myśl krytyczną i doskonale pokazuje, co się z nią dzieje, kiedy spotka na swojej drodze taki pomnik - przestaje się poruszać.

Pomniki traumatyczne

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    33 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':